sobota, 11 lutego 2017

LENIWY DZIEŃ W PHONG NHA


Słyszę głosy na parterze, zamieszanie. Spoglądam przez okno. Pada. Szaro i wilgotno. Ubrania rozwieszone na sznurze w poprzek pokoju nadal mokre. Tak jakbym powiesiła je przed chwilą, a nie dwa dni temu. Naciągam spodnie, bluzę i wybiegam na dół. Przechodzę na drugą stronę ulicy i widzę już grupkę tragarzy. 

Dom w którym mieszkam, należy do Brytyjczyków. W kształcie typowy wietnamski dom -
długi i wąski. Wyróżnia się pod innym względem. W domach Wietnamczyków okna 
występują tylko na frontowej ścianie, na bocznych ścianach są one albo bardzo malutkie, 
bądź nie ma ich wcale. Pomimo, że Wietnamczycy żyją właściwie na dworze, 
cenią swoją prywatność i nie wystawiają na widok publiczny swoich sypialni. 

Przygotowują sprzęt przed dzisiejszą wyprawą do jaskini Hang Son Doong. Wiem, że za godzinę będzie tu naprawdę gwarno i wesoło. To tutaj, przed domem Mr Ho Kahna, odkrywcy największej jaskini na świecie, odbywa się wielkie pakowanie. Wszystkie wory zostaną wrzucone na ciężarówkę, a porterzy odjadą autobusem do miejsca gdzie rozpoczyna się szlak. Założą na plecy ciężkie plecaki i ruszą dziarsko w drogę.

jeden z najsilniejszych tragarzy - w fartuszku też mu do twarzy
Mr Ho Kahn, odkrywca jaskini Hang Son Doong - dzisiaj będzie
uczestniczył w wyprawie

To mój ostatni dzień w Phong Nha. Zamawiam śniadanie u gospodyni i czekam na Brytyjczyków. Spoglądam tęsknie na rzekę. Wciąż pada.
Z zamyślenia wyrywa mnie Howard, rozrywa go energia. Pewnie już wypił poranną Coca-colę.

  • To dla Ciebie od prezydenta – mówi, podając mi torbę.
  • Od kogo? - pytam zaskoczona
  • od prezydenta Wietnamu. Wczoraj miałem z nim oficjalne spotkanie i opowiadaliśmy mu o naszej zeszłotygodniowej wyprawie do Hang Son Doong. To podarunek dla Ciebie.
  • dziękuję – odpowiadam w dalszym ciągu zaskoczona, nie wiedząc co więcej dodać.

pożegnalne zdjęcie: od lewej Howard, Aneta, Linda i Logan

Spotkanie z prezydentem było bardzo ważne dla Howarda. W Wietnamie nie milknie sprawa budowy kolejki linowej do jaskini Hang Son Doong, czy nawet dalej posunięty pomysł, aby kolejka ciągnęła się przez środek jaskini. Zwolennicy tego projektu podkreślają, że miałoby to zbawienny wpływ na turystykę w prowincji Quang Binh i tym samym doprowadziło do wzbogacenia lokalnej społeczności. Lobby bogatych inwestorów nie wspomina ani słowem o katastrofalnych skutkach dla środowiska naturalnego. Wyciąg ciągnąłby się przez dżunglę, która jest przecież ostoją dla zwierząt i endemicznych gatunków roślin. Budowa infrastruktury, jak i tysiące turystów, którzy by tu przybyli zniszczyłyby kruchą symbiozę człowieka i przyrody. Aby nie dopuścić do realizacji tego szalonego pomysłu miejscowi aktywiści na czele z Howardem próbują nagłośnić tą sprawę w mediach i naciskają na wysoko postawione osoby, aby pomogły chronić unikatowe dziedzictwo dla przyszłych pokoleń.

Żegnam się z Howardem i Debbie. Za chwilę znikają w autobusie razem z porterami. Czeka ich pięć dni w jaskini.


rzeka ciągnie się leniwie

Pada coraz bardziej. Nie będę cały dzień siedzieć w swojej dziupli na piętrze. Zakładam kurtkę przeciwdeszczową, wsiadam na rower i pedałuję. Wjeżdżam z impetem w kałuże, omijam woły i macham do dzieci wracających ze szkoły. Kieruję się w stronę Paradise Cave (Rajska Jaskinia). To fragment systemu jaskiniowego Vom Cave, najdłuższej suchej jaskini w Azji, liczącej 31 km. Dzięki doskonałemu oświetleniu można podziwiać przepiękne formacje skalne w całej okazałości. Według wielu osób, z którymi rozmawiałam, to najpiękniejsza jaskinia, jaką widzieli w życiu. Mam do przejechania 14 km w jedną stronę. 

rower i ja 

Pytam o drogę przechodniów, wskazują mi kierunek, więc spokojnie jadę dalej. Nie śpieszy mi się. Momentami przestaje padać, ale słońce jest schowane głęboko za chmurami. Droga ciągnie się wzdłuż pól ryżowych z jednej strony i rzeki z drugiej. Rzeka wije się leniwie, tak spokojna, że trudno uwierzyć, że może być śmiertelnie niebezpieczna w porze deszczowej.


Wietnamki przy pracy

Przejeżdżam obok tablicy z napisem Phong Nha Lake House, zaraz widzę po prawej stronie okazałą restaurację i bungalowy tuż przy jeziorze. Moja natura wygrywa, zatrzymuję się na lunch. Jaskinia może poczekać. Gaworzę z miłym recepcjonistą i podpytuję o jaskinię.

Phong Nha Lake House

  • ale to jest bardzo daleko stąd. Popatrz na mapę. - wyciąga kartkę papieru z wyrysowanym planem.
  • Jak zwykle zabłądziłam. Jestem w zupełnie innym miejscu niż powinnam być – śmiać mi się chce z samej siebie. Może to jest znak, że należy mi się odpoczynek. Namawiam chłopaka, żeby mi pokazał ośrodek. Domki tuż przy jeziorze są fantastyczne.

sajgonki z sosem rybnym


Rozsiadam się przy stoliku, za mną przeszklona ściana z widokiem na jezioro Dong Suon. Zamawiam sajgonki, zupę i w międzyczasie przeglądam biblioteczkę. Spędzam tu najbliższą godzinę i dobrze mi z tym. Nieśpiesznie wracam do domu, pełna i szczęśliwa.

w drodze 

Za kilka godzin będę już siedziała w nocnym autobusie. Żal opuszczać mi Phong Nha, ale czeka na mnie jeszcze tyle miejsc, a czas kurczy się nieubłaganie.






wtorek, 7 lutego 2017

HANG TIEN - BAJKOWA JASKINIA

Budzi mnie telefon Howarda. 

  • Ekipa czeka na Ciebie pod domem - słyszę w słuchawce.
  • O Boże! – zaspałam. 
Szybko zbieram się i w pięć minut jestem gotowa. Jedziemy do Hang Tien Cave czyli Bajecznej Jaskini.

W naszej grupie jest 6 osób. Jest z nami Dave – Brytyjczyk, który uczy angielskiego w Hanoi, Kyle, która jest scenografką w Hollywood, tajemniczy Austriak o imieniu Gunter oraz 2 Wietnamczyków – przewodnik oraz porter.

W czasie 1,5 godzinnej drogi do punktu obozowego rozmawiam z siedzącą przede mną Kyle. Nasz van tak się telepie, że obie po jakimś czasie milkniemy. Jest nam niedobrze.

dżungla, drzewa obklejone bluszczem

Jesteśmy w Tan Hoa. Krasowe wieże porośnięte drzewami otaczają przepiękny skrawek ziemi z wijącą się leniwie rzeką Nan, która dzieli wioskę na pół. To miejsce jest przykładem potęgi matki natury. Wioska rokrocznie boryka się z powodziami w okresie między wrześniem a listopadem. Przez lata mieszkańcy byli zmuszeni odbudowywać swoje domy po kolejnych kataklizmach. W 2010 roku, fala powodziowa osiągnęła wysokość 12-15 metrów. Setki domów zniknęło pod wodą, dobytek został zabrany przez wodę, a pola ryżowe zostały zniszczone. W tym samym roku liczba najbiedniejszych gospodarstw w Tan Hoa urosła do 80%.

pływające domy

Po fatalnej powodzi z 2010 roku jeden z mieszkańców wioski wpadł na genialny w swej prostocie pomysł. Skonstruował lekką drewnianą konstrukcję, która pod podłogą miała zamocowane blaszane beczki. Dzięki temu domostwo nie tonie, a podnosi się wraz z falą powodziową. Patent sprawdził się znakomicie. Lokalna społeczność wzięła sprawy w swoje ręce. Przez ostatnie 6 lat powstało takich domów ponad 170 i ich liczba będzie rosła. Ulepszona wersja „pływającego domu” jest przymocowana do czterech wysokich bali, które nie pozwalają chałupie odpłynąć. W czterech ścianach może pomieścić się 6-8 osób wraz ze swoim dobytkiem. Koszt takiej konstrukcji to około 1500$. Nie każdego stać na taki wydatek, dlatego władze dotują budowę domów komunalnych, które służą najbiedniejszym rodzinom.

droga prowadząca nas do szlaku

Z Tan Hoa podjeżdżamy samochodem pod szlak, droga coraz gorszej jakości. Kilka razy grzęźniemy w błocie. Kiedy opuszczamy pojazd od razu zapadamy się w brązową breję. Z każdym krokiem słyszę plusk błota, idzie się ciężko. Skręcamy w lewo i wchodzimy w dżunglę. Znajdujemy się w fantastycznym świecie pełnym roślin, pnących się w poszukiwaniu światła. Większość drzew jest opatulona bluszczem. Z daleka słyszę odgłosy małp. Dave idzie przede mną. Jestem ciekawa jego spostrzeżeń odnośnie poziomu języka angielskiego wśród Wietnamczyków. Uczy dzieciaki od roku i miał okazję przyjrzeć się systemowi edukacji. Na moje pytanie odpowiada z zadziwiającą szczerością.

  • uczę w państwowej szkole podstawowej. Dzieci mają zajęcia naprzemiennie ze mną i wietnamskim nauczycielem angielskiego. Muszę przyznać, że jestem beznadziejnym nauczycielem. Nie potrafię ich niczego nauczyć. Nie widzę u nich żadnych postępów.
Tak mnie zaskakuje swoją odpowiedzią, że zaczynam się głośno śmiać.

  • naprawdę jest tak trudno? - pytam wciąż śmiejąc się
  • są dzieci, które świetnie mówią po angielsku z czystym amerykańskim akcentem, ale to dotyczy tylko tych nielicznych jednostek, których bogaci rodzice zainwestowali w prywatne lekcje z Amerykanami. Reszta musi bazować na moich lekcjach w szkole – odpowiada poważnie.
W oddali widać otwór jaskini Hang Tien

Przyglądam mu się badawczo. Ten chudy, kościsty chłopak z niewielką bródką jest ubrany w zwykły T-shirt, cienkie spodnie, a na jego głowie spoczywa czapka z daszkiem. Trzyma się sztywno, ruchy ma niezdarne, co chwila się potyka. Jest powolny i flegmatyczny. Interesuje go flora i fauna. Co chwila przystaje i robi zdjęcia liściom, drzewom i pajęczynom. Jeszcze bardziej interesuje się motorami. Opowiada mi o swoich wyprawach motocyklowych z kolegami. Nareszcie się ożywia. Za nami idzie Kyle. Jest szczupłą, gibką dziewczyną, pełną pasji i werwy. Po kilku minutach rozmowy, czuję, jakbyśmy znały się od wieków. Nie możemy się nagadać. Paplamy jedna przez drugą. W ten sposób szybko mijają kolejne kilometry. 

otwór jaskini Hang Tien
otwór jaskini Hang Tien
to samo miejsce
Otwór jaskini Hang Tien jest imponujący. Jaskinia ma uzasadnioną nazwę. Jest tu nierealnie i pięknie. Tuż przy wejściu ciągną się kaskadowe schody, pooddzielane groblami martwicowymi. System niecek martwicowych powstał ze skrystalizowanego węglanu wapnia. To efekt odparowywania i wypełniania niewielkich jeziorek jaskiniowych. Cały proces trwał setki lat.

w dalszym ciągu otwór

Wędrujemy dalej. Ogłuszający szum wody to niezłomny sygnał, że zbliżamy się do rwącej podziemnej rzeki. Stąpamy po ostrych krawędziach mis martwicowych ze zręcznością linoskoczków. Nagle Dave zatrzymuje się, jego mina mówi wszystko. Próbuje przekrzyczeć hałas i przyznaje, że ma lęk wysokości. Chwytam go za rękę i pomagam mu przejść przez przeszkodę. Przesuwa się w stronę przewodnika, który go będzie od teraz asekurował i wspomagał. Dochodzimy do drabinki i wkraczamy na wyższy poziom jaskini. Nie mogę się napatrzeć na piękne formy jaskiniowe. Czyżbym była w jaskiniowym raju? Jaskinia ma około 4 km długości. Dochodzimy do drugiego otworu i wracamy.

jedna z licznych form krasowych

drugi otwór jaskini

Kiedy wychodzimy z jaskini dochodzimy do tymczasowego obozowiska. Czeka na nas obiad. Możemy odprężyć się przed drogą powrotną. Atmosfera rozluźnia się. Dave decyduje się na kąpiel w zimnej rzece. Kibicujemy mu gorąco, ale nikt więcej się nie wychyla.

wietnamski porter

specjalistyczne buty trekkingowe:)



Kiedy dochodzimy do samochodu jesteśmy tak ubłoceni, że lądujemy w rzece i czyścimy nasze buty. Siadamy w vanie i wracamy do Tan Hoa, gdzie czekają na nas prysznic i czyste ubrania.  Szkoda, że dzień się kończy.

video
nasz obiad

wtorek, 24 stycznia 2017

KAZIK W HOI AN


Mała dziewczynka próbująca sprzedać lampiony  (Hoi An)
Jest 4 rano. Czekam na autobus, powinien już być. Nie tylko ja czekam. Zebrała się mała grupka backpackersów. Dopytują, gdzie jadę. W tym samym kierunku co oni. Przyjechałam na rowerze, który przed chwilą zostawiłam w zaprzyjaźnionym hostelu. Wsunęłam rower pod do połowy otwartą roletę i postawiłam go przy recepcji. Za dwa dni go odbiorę.

Autobus przyjeżdża. Wsiadam i na schodach mężczyzna podaje mi siatkę. Nie bardzo wiem o co chodzi, ale patrzy na moje sandały. Domyślam się, że trzeba ściągnąć buty, ale dalej nie wiem po co mi siatka. Mam ją nałożyć na gołe stopy? Wydziera mi buty z rąk i wsadza do reklamówki. Rzucam okiem na wnętrze autobusu. Nieźle wymyślone. W trzech rzędach na dwóch poziomach znajdują się leżanki. Każdy pasażer ma swoje prowizoryczne łóżko. Wsuwam się na wolne miejsce, przykrywam kocem i za chwilę śpię.

wnętrze  autobusu

Budzi mnie trąbienie kierowcy. Zbliżamy się do dużego miasta. Ruch spory, na pozór chaotyczny. Zbliżając się do motocyklistów nasz kierowca ostrzega ich przed wykonaniem nieprawidłowego manewru. W Wietnamie jest około 40 milionów motorów, co oznacza, że co druga osoba porusza się na jednośladzie. Nawet dzieciaki w wieku późno szkolnym poruszają się na skuterach lub motorach. Policja przymyka na to oko. W samym Sajgonie na 10 mln mieszkańców, 8 mln posiada motor. W dużych miastach samochody nie zdają egzaminu. Ulice są wąskie, nie ma miejsc parkingowych. Poza tym samochód to duży wydatek, oznaka luksusu, nie każdego na niego stać.

W Hue – cesarskim mieście, stolicy Wietnamu do 1945, czeka mnie przesiadka. W nowym autobusie brakuje wolnych miejsc, siadam przy kierowcy. Mogę obserwować przez przednią szybę zmieniające się krajobrazy. Podążamy drogą 1A, zatrzymujemy się na bramkach i wjeżdżamy na płatną drogą. Pomimo, że droga płatna zdarza się, że na środku drogi stoi krowa lub wół. Widać nikogo to nie dziwi, oprócz mnie. Część drogi biegnie wzdłuż wybrzeża Morza Południowochińskiego.
Do Hoi An dojeżdżamy na godzinę 13.00. Postanawiam od razu kupić bilet powrotny do Phong Nha. Obawiam się, że później mogę mieć z tym problem. Jest okres przedświąteczny, lepiej się zabezpieczyć. Kupuję bilet w pierwszej agencji turystycznej, którą napotykam. Oczywiście jest to mój błąd. Cena jest zawyżona. Pani tłumaczy, że ceny są wyższe przez TET (Nowy Rok). Zamiast 200 000 dongów płacę 350 000 dongów. Później orientuję się, że mogłam ten bilet kupić taniej. Jest już za późno. Nauczka na przyszłość. Sprawdź kilka miejsc, porównaj ceny i dopiero wtedy kupuj.

jedzenie uliczne w Hoi An
całkiem niezłe te słodkości 
Przechadzam się jedną z uliczek. Zaczepia mnie motocyklistka. Pyta mnie czy mam już wykupiony hotel. Nie mam. Proponuje nocleg. Pytam o cenę i tym razem negocjuję. Ustalamy cenę na 200 000 dongów (ok 10$). Wsiadamy na motor i jedziemy do jej domu.

Miasto tętni życiem wzdłuż brzegów rzeki Thu Bon
Położone w ujściu rzeki Thu Bon do morza, miasto Hoi An to perełka architektoniczna i kulturalna stolica Wietnamu. Historia miasta wiąże się z istniejącym tu przed wiekami państwem Czampa. Funkcjonujące pod nazwą Lam Ap Pho w IX i X wieku stanowiło główne centrum handlowe, jego port należał do najważniejszych w całej Azji Południowo-Wschodniej. Znaczenie miasta ciągle rosło. W XVI wieku swoje interesy prowadzili tu między innymi Anglicy, Portugalczycy, Holendrzy, Chińczycy i Japończycy. Handlowano jedwabiem, przyprawami, herbatą, papierem, tkaninami itd. Dobra passa trwała aż do XIX wieku. Francuzi zaczęli kontrolować port w pobliskim Da Nang i to tam przeniosło się życie handlowe.
Pozostające na uboczu miasto utraciło znaczenie i prestiż. Ominęła je zawierucha wojenna, ale nie tajfuny i powodzie. Hoi An nie odnawiane przez lata popadało w ruinę. Władze komunistyczne, nie dbające o zachowanie dziedzictwa kulturowego postanowiło wybudować na miejscu zniszczonej starówki nowe osiedle dla klasy robotniczej. Pewnie by do tego doszło gdyby nie ostry i stanowczy protest Polaka, Kazimierza Kwiatkowskiego.

Pomnik naszego rodaka
Nasz rodak przybył tu w latach osiemdziesiątych, w ramach polsko – wietnamskiego programu konserwatorskiego. Stanął na czele grupy ekspertów, aby ratować wieże czamskie w oddalonym o kilkadziesiąt kilometrów My Son. Kazik, bo tak jest powszechnie znany w Wietnamie zajął się rekonstrukcją sanktuarium Czamów, jednocześnie angażując się w ocalenie innych zabytków.
Lubelski konserwator pisał petycje do władz, naciskał tak długo, aż uratował starówkę w Hoi An. Obecnie My Son z wieżami, jak i Hoi An są wpisane na listę światowego dziedzictwa kulturowego UNESCO. Przepiękne, odrestaurowane stare miasto w Hoi An jest magnesem, który przyciąga miliony turystów. Kazik, który poświęcił 16 lat swojego życia na ratowanie wietnamskich zabytków umarł w swojej przybranej ojczyźnie, młodo bo mając zaledwie 53 lata. Jego ciało wróciło do Polski, chociaż serce zapewne pozostało wśród czamskich wież w My Son. Kwiatkowski nie został zapomniany przez mieszkańców Hoi An. W samym centrum starówki stoi pomnik naszego brodatego rodaka, a u jego podnóża leżą świeże kwiaty i palą się kadzidełka.

Kupuję bilet (120 000 dongów), aby przemieszczać się po terenie starego miasta. W ramach biletu mogę odwiedzać domy komunalne, pagody oraz muzea. Jest to o tyle przyjemne, że ta część miasta jest zamknięta dla ruchu kołowego. Mogę spokojnie spacerować i napawać się historycznym otoczeniem bez hałasów ulicznych. Dodatkowo w dobry nastrój wprowadzają dekoracje w postaci porozwieszanych na domach kolorowych jedwabnych lampionów.

lampiony, lampiony i jeszcze raz lampiony





Symbolem miasta jest przykryty szarą dachówką XVI wieczny most, kryjący w środku buddyjską świątynię. Wybudowany został przez społeczność Japończyków, która rozgościła się w mieście. Mostu strzeże z jednej strony rzeźba małpy, a z drugiej rzeźba psa. Nie przypadkowo. Według legendy most, który połączył dzielnicę japońską z chińską rozpoczęto budować w Roku Małpy, a skończono w Roku Psa.

Most Japoński kiedyś i ..
dziś

Starówka jest żywym skansenem. Niektóre domy zawierają w sobie mieszankę architektury chińskiej, japońskiej i francuskiej. Elementy te nie gryzą się, wręcz przeciwnie harmonijnie ze sobą współgrają i podkreślają międzynarodowy charakter miasta.

Zbliża się wieczór, lampiony rozbłyskują ciepłym światłem, siadam w kawiarni tuż przy rzece i napawam się atmosferą miasta. W przewodniku czytam, że powinnam koniecznie spróbować lokalnego specjału – cao lau, czyli nudli z wieprzowiną i zieleniną, których niepowtarzalność wynika z faktu, ze woda używana do gotowania makaronu jest pobierana tylko z kilku wybranych studni w Hoi An. Poprzestaję na dobrej zielonej herbacie i ciastku cytrynowym i dobrze mi z tym.


słodka chwila zapomnienia
Moje stopy domagają się pomocy. Przechodzę na drugą stronę rzeki Thu Bon i szybko wybieram salon masażu. Trochę się obawiam, bo czytałam, że salony masażu w Wietnamie często, gęsto pełnią też inne funkcje, więc kilka razy dobitnie powtarzam obsłudze, że proszę tylko i wyłącznie o masaż stóp. Pani przynosi balię z wodą i płatkami róż, w której moczę moje obolałe nogi, a następnie przez godzinę zapominam o świecie. Za 10$ moje nogi zostały wymoczone, wysmarowane i wymasowane. Młoda masażystka oczywiście pyta mnie o wiek i o rodzinę.




Już nie dziwią mnie te częste pytania o wiek. Któryś z Wietnamczyków uświadamia mi, że duża część Wietnamczyków, szczególnie dzieci, które mają jakikolwiek styk z angielskim potrafią zapytać o imię, pochodzenie i wiek. Przypominają mi się tragarze w jaskiniach, którzy właśnie takie pytania mi zadawali. Początkowo mnie to śmieszyło, później dziwiło, a na końcu spowszedniało. Ustalenie wieku jest dodatkowo istotne, aby zorientować się w jaki sposób zwracać się do danej osoby. Ważne jest czy osoba jest starsza i należny jest jej większy szacunek, czy też może młodsza, wtedy można luźniej podejść do sprawy.

poranny targ






Na drugi dzień wybieram się na targ, który znajduje się przy rzece, w starej części miasta. Najbliżej wody znajdują się stragany z rybami i owocami morza. Smród nie do wytrzymania. Większości zdaje się to nie przeszkadzać. Jakaś pani rozłożyła się na łóżku polowym i śpi, między stoiskami. Dalej hala mięsna, jeszcze dalej stoiska z owocami i warzywami. Między tym liczne małe i duże ołtarzyki, które zastawiają drogę przechodniom, rowerzystom i motocyklistom. Ze względu na Nowy Rok ludzie kładą na swoich ołtarzykach słodycze, owoce, papierosy, wódkę, a nawet fałszywe pieniądze i papierowe dobra luksusowe, które później palą, aby zapewnić swoim zmarłym wszystko czego mogą potrzebować w życiu pozagrobowym. Zdaje się, że Wietnam tylko oficjalnie jest ateistyczny. Muszą być tu silnie zakorzenione prastare wierzenia w duchy. Widzę modlących się i palących kadzidełka ludzi na każdym kroku. Przy wejściach do domów widać też drzewka pomarańczowe, nie rzadko ozdobione jak nasze choinki bożonarodzeniowe.




Będąc w Hoi An nie da się nie zauważyć licznych sklepów z luksusowymi garniturami i sukniami. W 24h krawcy szyją piękne stroje jak z wybiegów. Bele materiałów i katalogi czekają na chętnych. Na targu zaczepia mnie kobieta, która ciągnie mnie do swojego stoiska i otwiera album z zadowolonymi i uśmiechniętymi klientkami, które pozują w nowych, uszytych strojach. Są też wpisy, zauważam jeden w języku polskim – „cena znakomita, obsługa miła, ale jakość materiału daje wiele do życzenia”
  • proszę tylko pokazać w albumie o jakiej sukience Pani marzy, a na drugi dzień będzie do odbioru – szepce Wietnamka
  • ale ja popołudniu wyjeżdżam - odpowiadam
  • nie szkodzi, o której godzinie ma Pani autobus?
  • O 16 - wybąkuję
  • tyle czasu, zdążymy. Za 20$ będzie mieć Pani wymarzoną sukienkę. Taka piękna buzia i figura. Nie może się zmarnować – z uśmiechem namawia i szczypie mnie w policzek.
  • ale ja nie potrzebuję i nie mam miejsca w plecaku – bronię się.
  • kobieta zawsze potrzebuje nowej sukienki – stanowczo odpowiada.

natarczywa ekspedientka, gotowa do szycia

I tak nasz dialog trwa w nieskończoność. W końcu udaje mi się wyrwać z sklepu, ale ekspedientka koniecznie prosi mnie, abym zrobiła jej zdjęcie na tle materiałów, tak abym ją zapamiętała i następnym razem do niej trafiła na zakupy.

W mieście jest wiele luksusowych salonów krawieckich i szewskich

Odwiedzam jeszcze pocztę. Czas się tu zatrzymał. Wielki budynek poczty z misternie rzeźbionym sufitem. Wszystkie okienka puste, urzędniczki przy stoliku zajadają zupę. Kolejka coraz większa. Sami europejczycy. Przyglądam się w międzyczasie otoczeniu. Żadnych gazet, książek, zabawek, płyt, nawet pocztówek. Przy okienku leżą jedynie blankiety do wypełnienia. Na wielkiej ścianie mapa świata. Ale coś tu nie gra. Na pierwszym planie wielki kontynent Euroazji, a po prawej, a nie lewej stronie obie Ameryki. Każdy kraj ma przypisaną tabliczkę z nazwą. Jest i Polska – Balan.

młoda para

Udaję się do agencji, gdzie mam czekać na autobus. W prowizorycznej agencji nie ma nikogo, oprócz dzieciaka. Za biurkiem w tyle widzę na pół otwarte drzwi a zza nich wystają nogi leżące wygodnie na łóżku, jeszcze bardziej w głębi kolejne łóżka. Większość domów w Wietnamie ma kształt podłużnego prostokąta. Domy są wąskie i długie, przeważnie 2 lub 3 piętrowe. Część frontowa ma duże okna, ale z boków okien brak, lub są bardzo malutkie. Często domy są do siebie przyklejone jak szeregówki. Na parterze ludzie mają sklepiki, stoiska z warzywami lub małe restauracyjki które przechodzą płynnie w część mieszkalną. Nie ma Pani od biletów. Nikt mnie nie rozumie. W końcu z łóżka podnosi się babcia i dzwoni do swojej córki. Ta tłumaczy mi przez telefon, że mam czekać. Za chwilę podjeżdża na motorze chłopak i zabiera mnie na przystanek.


Jestem uratowana. O jedenastej w nocy jestem w Phong Nha. Odbieram rower i zasuwam do domu.

Polecany post

NOWE ŻYCIE SZACHOWNICY

Jaskinia Szachownica Fundacja Speleologia Polska angażuje się w wiele pożytecznych projektów. Jednym z nich jest dokumentacja jaskini...

śledź nowe posty