wtorek, 17 stycznia 2017

HANOI - DZIEŃ TRZECI

Poproszę dowóz do domu
Ludzie przewożą niemal
wszystko na swoich rowerach
W drodze do hotelu

Dzisiaj już nie popuszczę – zwiedzam muzeum etnograficzne. Umawiam się z Howardem, Lindą i Johnem przed ich hotelem. Zamawiamy taksówkę i jedziemy prosto do muzeum. Faktycznie nie jest to najbliżej zlokalizowany obiekt, ale dzięki temu mogę podziwiać kolejne dzielnice Hanoi z okna taksówki.



Muzeum Etnograficzne znajduje się w dzielnicy Cau Giay przy ulicy Nguyen Van Huyen Road. Podaję adres na wszelki wypadek, gdyby ktoś się tam wybierał w przyszłości. Nowoczesny budynek w kształcie bębna zachęca do odwiedzin. Okazuje się, że w prawie 90 milionowym kraju 86% ludności stanowią Wietnamczycy (Kinh), pozostała część populacji należy do jednej z 53 grup etnicznych. W zasadzie każda z tych mniejszości ma swój odmienny język, stroje oraz zwyczaje. Jestem pod wrażeniem różnorodności oraz oryginalności poszczególnych grup. 

Mapa z zaznaczonymi kolorami grupami etnicznymi

Po obejściu muzeum przechodzimy do najciekawszej części czyli zabudowań na wolnym powietrzu. Moją uwagę przykuwają w szczególności dwa obiekty. Pierwszy to dom komunalny wybudowany przez 42 mieszkańców wioski Kon Rbang z centralnej części Wietnamu, należących do mniejszości Bahnar. Dom ma 19 metrów wysokości i symbolizuje siłę mieszkańców, w szczególności mężczyzn. W takim domu odbywają się narady i mają miejsce wszystkie najważniejsze wydarzenia w wiosce. Starzy przekazują swoją wiedzę młodym. W przeszłości przed walką to tutaj gromadzili się mężczyźni aby omówić strategię wojenną. Kobiety nie były tu raczej mile widziane.

dom komunalny

Drugi obiekt, który przykuwa moją uwagę to 30 osobowy grobowiec plemienia Giarai z prowincji Gia Lai. Duże, drewniane figury, które otaczają cały grobowiec towarzyszą zmarłym po śmierci. Statuy mężczyzn i kobiet z odkrytymi intymnymi częściami ciała symbolizują płodność i narodziny.



grobowiec



Wracamy do hotelu, a ja wyruszam na poszukiwania stroju kąpielowego. Wczoraj wieczorem obeszłam wielki bazar i nie udało mi się nic znaleźć. Każdy sprzedawca patrzył na mnie z politowaniem i stukał się w głowę.

  • „To przecież zima. Nie da się kupić o tej porze stroju kąpielowego.”
  • „ Ale jest ze 25 stopni Celciusa. - odpowiadam za każdym razem.
Dzisiaj obchodzę większość sklepów sportowych w okolicy. Bez powodzenia. W końcu kupuję krótkie spodenki do biegania z topem. Musi wystarczyć.

dzieciaki bawią się wszędzie

O godzinie 20 umawiam się z Howardem na stacji kolejowej. Mamy wykupiony bilet na pociąg w przedziale z kuszetkami. Czeka nas całonocny przejazd do Dong Hoi. Za bardzo nie wiem, gdzie jest dworzec kolejowy, ale z drugiej strony nie chce mi się dreptać do hotelu Howarda, gdzie będzie czekać taksówka. Postanawiam sama dostać się na dworzec. Powtarzam sobie, że przecież dam sobie radę. Wychodzę z hotelu i kieruję się na ruchliwą ulicę. Napotkanych przechodniów pytam o drogę na dworzec. Większość nic nie rozumie, chociaż naprawdę chcą mi pomóc. W końcu napotykam na grupę kilku osób. Pokazuję im na kartce nazwę dworca i naśladuję pociąg. Rozumieją. Tłumaczą mi na migi, że to bardzo daleko. Jedna z osób wyciąga 60 000 dongów i pokazuje na swój motor. Zabierze mnie na dworzec. Patrzę na niego, na resztę stojących ludzi i zaczynam się bać. Przez ostatnie dwa dni widziałam jak jeżdżą Wietnamczycy. Tutaj nie ma żadnych zasad, każdy trąbi i jedzie przed siebie. Pokazuję całą swoją mimiką, że się bardzo boję, a oni tylko się śmieją. Mniejszy plecak ląduję z przodu kierowcy, a ja z dużym plecakiem usadawiam się z tyłu, kurczowo trzymając chłopaka w pasie. Wszyscy śmieją się naokoło, robi się zbiegowisko. Uśmiecham się do wszystkich i popiskuję zjawiskowo, gdy tylko ruszamy. Kierowca okazuje się być wyrozumiałym człowiekiem. Co prawda wciska się w każdą wolną szczelinę między innymi pojazdami i przejeżdża na czerwonym świetle trąbiąc ostrzegawczo, ale dojeżdżamy bezpiecznie na miejsce po 15 minutach. Dziękuję mu pięknie i udaję się na kawę bo czasu jeszcze mam sporo.

ja z kierowcą motoru

Pociąg czeka już na stacji. Mam bilet (22$) więc przemieszczam się na odpowiedni peron i wsiadam do pociągu. Mamy przedział z 6 łóżkami. Zajmujemy nasze miejsca i czekamy czy ktoś się do nas jeszcze dosiądzie. Kilka minut przed odjazdem pojawia się młoda Wietnamka, która błyskawicznie wdrapuje się na swoje łóżko i jest tak, jakby jej w ogóle nie było. Sadowimy się do spania. Przed nami ponad 520 km. W Wietnamie ciągnie się jedna długa linia kolejowa z północy na południe. Często zdarza się, że stajemy w szczerym polu, aby przepuścić inny pociąg, bo nie ma drugiego toru.

w pociągu 

poniedziałek, 16 stycznia 2017

DRUGI DZIEŃ W HANOI

Muszę dzisiaj wstać wcześnie, jeżeli mam zrobić wszystko co zaplanowałam. Śniadanie w hotelu to 2 grzanki, jajecznica i kawa. Zerkam na zaplecze, gdzie chłopak przygotowuje śniadanie. W pomieszczeniu panuje kompletny bałagan. Miejsce to pełni funkcje prowizorycznej kuchni, przechowalni bagażu, schowka na środki czystości. Wśród sterty ubrań walają się rolki papieru toaletowego i plastikowe sandały. Nikomu to nie wadzi. Nie przeszkadza mi to delektować się śniadaniem. Umówiłam się z Howardem, który wczesnym rankiem przyjechał do Hanoi, że spotkamy się i wspólnie ustalimy dalsze plany. Nie mieszka daleko ode mnie, tak przynajmniej wynika z mapy.

życie toczy się na ulicy

Nie zapominajcie, że jestem w jednej z najstarszych części miasta, w dzielnicy rozrywkowo-handlowej. Układ tej części miasta powstał w XV wieku. Tutaj w przeszłości skupiali się rzemieślnicy i fachowcy. Stare miasto znane jest jako Dzielnica 36 ulic, których nazwy pochodziły od poszczególnych rzemiosł. Plątanina ulic nie jest łatwa do pokonania. Mnóstwo ludzi, setki pojazdów oraz mieszkańcy, którzy żyją bardziej na ulicy niż w domu. 


Niemal przy każdym wejściu stoją wielkie balie z poukładanymi czystymi naczyniami, które wieczorem były myte, zresztą też na widoku publicznym. Jakaś pani układa na kartonach kawałki surowego mięsa, które za kilka godzin będzie sprzedawała turystom już w przetworzonej postaci. Co chwilę mijają mnie kobiety z nosidłami wypełnionymi owocami, warzywami lub innymi produktami.



Nagle podbiega do mnie mężczyzna i chwyta delikatnie za mojego buta. Nie bardzo wiem o co chodzi. Wyciąga z siatki klej i pokazuje na moją podeszwę sandała. Tylko nie to. Sandały są stare, ale dobre. Dziękuję i uciekam dalej. Na skrzyżowaniu wyciągam mapę i to jest błąd. Momentalnie podbiega kolejny mężczyzna i pokazuje na swój skuter. Podwiozę Cię, zdaje się pokazywać swoimi rękami. Ja nie dojdę? Jeszcze tego brakowało. Sama sobie poradzę. Dziękuję po raz kolejny. Po kilku skrzyżowaniach przywykam do zaczepek motorzystów i rikszarzy. Uśmiecham się i idę dalej swoją drogą.



Howard mieszka w dużym, ładnym hotelu z recepcję z prawdziwego zdarzeniach. Przy drzwiach stoi odźwierny, którego jedynym zadaniem jest otwieranie drzwi, tak aby jak najmniej ciepłego powietrza dostawało się do wnętrza. Jego liberia jest nieco pognieciona, ale pomimo tego prezentuje się ładnie z uśmiechem na twarzy. Howard schodzi z dwójką swoich przyjaciół Lindą i Johnem. Cała trójka to starzy wyjadacze jaskiniowi, członkowie British Caving Association.




Howard pyta: „Jadłaś śniadanie? Wybieramy się na śniadanie”.
Odpowiadam, że jestem po śniadaniu, ale z chęcią jeszcze coś zjem. Idziemy do jego ulubionego lokalu w okolicy. Wybieramy bun cha – to miska makaronu w zalewie (bun) z kawałkami wieprzowiny (cha), do tego kilka zielonych liści, np. mięty, Dostajemy do tego obowiązkowe pałeczki. „Ostre” – komentuję, próbując uporać się z makaronem moimi niezbyt zgrabnymi ruchami. „Co?” Śmieje się Howard – to wcale nie jest ostre, w naszych stronach dania są dużo ostrzejsze. Przyzwyczajaj się.

bun cha na śniadanie

Idziemy na spacer do miejsca, które uważane jest za symbol miasta. To jezioro Hoan Kiem. Howard jest zdziwiony, że jest tu taki spokój i względna cisza. W weekendy ulice wokół jeziora zostają zamknięte dla ruchu kołowego. Na ulice wylegają piesi. Co chwila mijamy młodych ludzi, jedni śpiewają, inni grają w różne gry ustawieni w kółka. 



gry i zabawy dla dzieci
Dzieci jeżdżą elektrycznymi samochodami, na wrotkach, świecących deskorolkach i innych bliżej niezidentyfikowanych pojazdach. Jest wesoło, gwarnie, ale bez klaksonów samochodów. Obchodzimy całe jezioro. „Jezioro Zwróconego Miecza” ma swoją legendę. Zgodnie z nią władca Le Loi wiosłował po jeziorze i spotkał Złotego Żółwia, który zażądał od niego miecza, którym ten walczył przez wiele lat. Monarcha mu go oddał, a na pamiątkę tego wydarzenia oprócz nazwy powstała też Żółwia Wyspa (1886). W jeziorze niegdyś mieszkały żółwie, ale niestety ostatni z nich opuścił padoły tego świata i przeniósł się do żółwiego raju.

Żółwia wyspa

Howard z Lindą i Johnem wracają do hotelu. Ja postanawiam odpocząć przy filiżance kawy, a później udać się do Muzeum Etnograficznego.

kawa po wietnamsku 

Wietnam jest drugim producentów kawy na świecie. To do czegoś zobowiązuje. Czas na przerwę kawową. Wchodzę do eleganckiej kawiarni i zamawiam filiżankę ca phe sua da czyli kawę z lodem.
Pani przynosi do stolika kubek wypełniony w jednej trzeciej lodem, na dnie którego znajduje się skondensowane mleko oraz filiżankę na której ustawiony jest zaparzacz, zwany phin. Nie za bardzo wiem o co chodzi, ale odkrywając przykrywkę zauważam, że w górnej części znajduje się woda, a pod nią kawa, która jest przyciskana przez ruchomą część zaparzacza. Kawa powolutku przesiąka przez sitko, ściekając małymi kroplami. Po około 5 minutach napój jest gotowy do konsumpcji. Wystarczy wlać zawartość filiżanki do kubka z lodem i mogę się delektować pyszną, aromatyczną kawą.

Siedząc planuję jak dostać się do Muzeum Etnograficznego. Sprawdzam na mapie i widzę, że nie jest to tak daleko. Podążam na przestanek autobusowy i wsiadam do pierwszego autobusu, który podjeżdża. Pokazuję mężczyźnie, który sprzedaje bilety, gdzie się chce dostać, a ten macha głową przecząco i pisze na kartce numer autobusu, którym muszę jechać. Każe mi wysiąść na następnym przystanku i wsiąść do autobusu nr 43. Tak też robię, czekam na odpowiedni autobus i po raz kolejny proszę obsługę autobusu, aby powiedzieli mi gdzie mam wysiąść. Kupuję bilet (7000 dongów czyli ok 0,5$). Po około 20 minutach wysiadam przy dużym skrzyżowaniu. Na mapie widzę, że jestem tuż obok Świątyni Literatury. Warto i to zwiedzić jak już jestem tak blisko.

wejście do Świątyni Literatury 

Świątynia Literatury to sporych rozmiarów kompleks w stylu chińskim otoczony wysokim murem. Wewnątrz znajduje się pięć dziedzińców, do których przechodzi się przez bramy. Mówi się, że to najstarszy Uniwersytet w Wietnamie, chociaż nie od razu pełnił tą rolę. Miejsce to powstało w 1070 roku ku czci Konfucjusza, ale szybko zostało przekształcone w uczelnię. Początkowo dostęp do niej mieli tylko najważniejsi i najbogatsi ludzie w kraju, dopiero później stała się bardziej dostępna.

żywa lekcja angielskiego

Kupuję bilet (30 000 dongów) i kieruję się do pierwszej bramy. Zaczepia mnie grupka dzieci z nauczycielką. Tłumaczą, że uczestniczą w specjalnym projekcie, który ma umożliwić dzieciom kontakt z żywym językiem angielskim. Widać, że dzieciaki są lekko stremowane. Uśmiecham się życzliwie i odpowiadam na ich pytania. W końcu pytają, co wiem o tym miejscu. Wiem nie wiele, ale chętnie dowiem się czegoś ciekawego od nich. Wtedy najwyższy z chłopców wychyla się przed szereg i zaczyna czytać mi historię tego miejsca z kartki. Reszta próbuje wtrącić kilka słów od siebie. W pewnym momencie zaczynają spierać się po wietnamsku między sobą, ustalają wspólną wersję i dalej opowiadają. W końcu jeden pyta, czy wiem dlaczego do świątyni są aż 3 bramy, brama główna i dwie boczne. Oczywiście nie wiem. Chłopcy tłumaczą mi, że brama główna była dla rodziny królewskiej, a boczne dla uczniów i nauczycieli.

jeden z dziedzińców 

Przechodząc przez 2 pierwsze dziedzińce - ogrody nareszcie można odpocząć od gwaru miasta. Nie słychać klaksonów, piękna zieleń. Cóż za ulga. Na trzecim dziedzińcu zwanym Ogrodem Nagrobków na wielkich kamiennych tablicach osadzonych na figurach żółwi wyryte są nazwiska absolwentów, którzy uczęszczali do tej uczelni między XV a XVIII wiekiem. Nauka w szkole trwała od 3 do 7 lat i kończyła się licznymi egzaminami, z czego najważniejszym był egzamin zdawany przed samym królem. Ci, którzy zdali ten arcytrudny egzamin uzyskiwali tytuł doktora. Przez 700 lat istnienia uniwersytetu egzaminy zdało jedynie 2313 studentów.
Na kolejnym podwórzu znajduje się Wielki Dom Ceremonii poświęcony patronowi kompleksu. Statua Konfucjusza i jego uczniów stoi w centralnej części budynku i jest rodzajem ołtarza, gdzie Wietnamczycy składają cześć temu wielkiemu chińskiemu filozofowi. Dochodzę do ostatniego dziedzińca. To tutaj znajdowały się niegdyś sale uniwersyteckie czyli serce uczelni.


zabudowania Świątyni Literatury

jedna z ulicznych wystaw

ulice Hanoi
Czas na mnie. Chcę jeszcze zobaczyć muzeum etnograficzne. Na mapie widzę, że to naprawdę niedaleko. Jak się okazuje nie do końca mam rację. Wychodzę z obiektu i kieruję się na ogromne skrzyżowanie. Jakimś cudem udaje mi się je przejść i powoli zbliżam się do ulicy, gdzie zaznaczono na mapie muzeum. Ku mojemu ogromnemu zdziwieniu żadnego muzeum nie widzę. Obchodzę okolicę dosyć dokładnie, ale nie udaje mi się odnaleźć interesującego mnie miejsca. W końcu zrezygnowana wracam na przystanek autobusowy. Wsiadam do pierwszego, który podjeżdża i pytam się biletowego jak dojechać do muzeum. Patrzy na mnie z niedowierzaniem. Trudno się dogadać na migi. Uśmiechamy się do siebie, ale nic z tego nie wynika. W końcu z końca autobusu słyszę: „Potrzebujesz pomocy?” Tak, odpowiadam z ulgą po angielsku. Dziewczyna wyciąga swojego smartfona i szuka na mapie muzeum. Znajduje się ono w kompletnie innej części miasta. Szuka w swoim super telefonie jak tam dojechać. Jest już około 16, więc poddaje się. Muzeum zamykają za godzinę. Nic nie szkodzi. Gawędzę z Rumunką, która mieszka w Hanoi od pół roku i uczy angielskiego. Jest urocza, wygłupiamy się i na migi rozmawiamy z biletowym. Jestem już tak zmęczona, że wracam do swojego hotelu.

teatr lalek na wodzie



O godzinie dwudziestej wybieram się jeszcze raz nad jezioro Hoan Kiem, do teatru. Kupiłam rano bilet na przedstawienie (100 000 dongów). Wietnamski teatr lalek na wodzie ma ponad 1000 letnią tradycję i jest unikatowy dla tego kraju. Setki lat temu rolnicy w czasie świąt zabawiali się w teatr. Zalane pola ryżowe tworzyły scenę, a otaczająca roślinność stanowiła naturalną scenografię. Tak jak i kiedyś tak i teraz ukryci aktorzy sterują lalkami, które odgrywają krótkie scenki rodzajowe z życia wsi oraz historie z wietnamskich legend. Towarzyszą temu dźwięki gongów, nawoływania i śpiewy aktorów. Siedzę w jednym z ostatnich rzędów. Jest mi wygodnie i ciepło. Melodie i obrazy zaczynają wirować w mojej głowie, oczy zamykają się. Nie wiem czy mi się to śni, czy to wszystko dzieje się naprawdę. Budzę się, kiedy na wodzie pojawiają się wielkie smoki ziejące ogniem. Huk i dym. Oglądam przedstawienie do końca i wychodzę.


Miasto tętni życiem, spaceruję jeszcze długo po uliczkach, zjadam coś na prędko w ulicznej garkuchni i wracam na odpoczynek do swojego lokum.


sobota, 7 stycznia 2017

WIETNAM - 1 DZIEŃ W HANOI



Jestem zm
ęczona. Kilkanaście godzin lotu, kontrole, zwiedzanie kolejnych sklepów duty-free, czekanie, czekanie i czekanie. Przyglądam się wszystkiemu z zaciekawieniem. Twarze zmieniają się z białych na ciemniejsze i coraz bardziej azjatyckie. Lotnisko Hamad w Doha (Qatar) lśni i uwodzi bogactwem. 
pomysłowy plac zabaw - lotnisko Doha (Qatar)


Lotnisko Hamad w Doha





Gdzie nie spojrzeć przepych i bogactwo  - lotnisko w Quatar

Markowe sklepy przyciągają szejków i bogate Arabki, które pomimo że zakryte, uwodzą pięknie podkreślonymi oczami. W Bangkoku lotnisko początkowo wydaje mi się mniejsze i skromniejsze. Jest bardzo wcześnie rano. Wszystko zaczyna budzić się do życia. Nieliczni turyści porozkładani na fotelach śpią, obsługa sklepów zwodzi kartony z towarem, a sprzątaczki w maseczkach i niebieskich uniformach krzątają się niepostrzeżenie z wiaderkami i workami z papierem toaletowym. Odnajduję leżanki i zapadam w sen. Niepostrzeżenie mija kilka godzin, na szczęście budzę się na czas. W duchu wymawiam sobie, jak mogłam być taka nieodpowiedzialna i nie nastawić sobie zegarka. 

Rozkład lotniska

Leżanki w Bangkoku

Przecież dużo nie brakowało i mogłam zaspać. Dopiero teraz rozglądam się dookoła i szukając swojej bramki widzę jak lotnisko jest rozbudowane i świetnie zorganizowane. Ruch jest rozładowany, dzięki temu, że znajduje się tu kilka skrzydeł, które ze sobą nie kolidują. W dalszą drogę wyruszam z Qatar Airlines. Co dziwne, stewardesy nie wymachują rękami, aby poinstruować pasażerów jak mają zachowywać się w samolocie. Zamiast tego wyświetlany jest film instruktażowy, w którym piłkarze z FC Barcelona w zabawny sposób przekazują potrzebne informacje. Nie można nie docenić pomysłu autora tego krótkiego filmu. Scena z Pique, który przechodzi obok rozhisteryzowanych fanek – bezcenna.




Niestety nie obyło się bez strat już na samym początku. Moje wysokie trekkingowe buty, w których miałam przedzierać się przez dżunglę, a później maszerować przez jaskinię nie zdały egzaminu. W czasie każdej kontroli bezpieczeństwa obsługa prosi, aby je ściągnąć i przez bramki przechodzę w samych skarpetach. Pod tym względem dużo wygodniejsze i bez problemowe byłyby zwykłe adidasy. Tą drobną niedogodnością nie przejęłabym się wcale, gdyby nie fakt, że buty rozleciały się i to w samolocie, kiedy rozciągając nogi założyłam jedną stopę na drugiej. Poczułam, że mam coś pod butem. Okazało się, że to moja naderwana podeszwa. Oderwała się od strony pięty, a pęknięcie kończyło się w połowie buta. W duchu cieszyłam się, że przed wyjazdem mój kochany mąż wymienił mi stare, zniszczone sznurówki na nowe i co najważniejsze dłuższe od poprzednich. Nie zastanawiając się długo, obwiązuje prowizorycznie buty sznurówką. Jak zwykle dopisuje mi szczęście. Buty rozpadają się zupełnie, gdy tylko wychodzę z lotniska w Hanoi. Dokładnie wtedy, kiedy mogę je wymienić na sandały, które znajdowały się wcześniej w bagażu głównym. Po 15 latach moje wspaniałe buty trekkingowe kończą w śmietniku.

Ostanie zdjęcie moich butów

Na lotnisku w Hanoi zgłaszam się z promesą o wydanie mi wizy do Wietnamu. Dokument ten wykupiłam w jednym z wietnamskich biur kilka dni przed wyjazdem z Polski drogą internetową. Jest to dużo tańsza i mniej pracochłonna opcja niż załatwianie wizy w Polsce. Wniosek i zdjęcia dostarczone, czekam cierpliwie, aż zawoła mnie celnik. Na wielkiej tablicy świetlnej pojawia się wreszcie moje wielkie zdjęcie podpisane nazwiskiem i krajem pochodzenia. Celnik przez mikrofon z wielkim trudem czyta moje nazwisko. Zdjęcie nie jest najbardziej korzystne, więc szybko biegnę do stanowiska, aby jak najszybciej zniknęło z tablicy. Jeszcze tylko opłata w wysokości 25$ i staję się szczęśliwym posiadaczem wizy na cały miesiąc.

Hanoi nocą
Aby dostać się do centrum miasta, gdzie znajduje się mój hostel mogę wybrać taksówkę lub autobus. Myśląc o zbliżających się wydatkach związanych z butami stawiam na tańszą opcję i szukam przystanku. Gdy dochodzę do dużego placu ze stającymi autobusami, zauważam przystanek, pytam siedzącą na ławce parę, czy stąd odjeżdża autobus nr 86, bo rozkładu nigdzie nie widzę. Przyglądają mi się badawczo. Uśmiechają się tylko i raz kręcą głową, a raz zaprzeczają. Nikogo więcej nie ma. Siadam na ławce i czekam na autobus. Za chwilę podchodzą Czesi. Też szukają transportu do miasta. Mężczyzna jest bardzo energiczny, wypytuje mnie szybko, skąd wiem, którym autobusem mam jechać do centrum. Tłumaczę mu grzecznie, że informacja jest podana przez mojego kolegę, więc jestem pewna, że numer 86 jedzie dokładnie tam gdzie nasza trójka chce się dostać. Widzę, że się waha. Wskakuje do autobusu, który podjeżdża i wypytuje ludzi w środku. Nikt nic nie rozumie, dopiero jedna dziewczyna się lituje i tłumaczy mu coś po angielsku. Postanawiają jechać tym autobusem. Ja nie wsiadam, ale rozglądam się jeszcze po okolicy. 

jezioro Hoam Kiem - symbol miasta Hanoi

Cofam się do wyjścia z lotniska i zauważam nr 86 na tabliczce, dokładnie naprzeciwko terminala, zaraz za pasem dla taksówek.
Przechodzę na drugą stronę. Przy słupku siedzi dwóch chłopaków. Jeden z nich to Wietnamczyk. Bardzo się cieszy, że przyszłam na przystanek. Jest szczerze uradowany. Nie rozumiem jego radości, ale odwzajemniam uśmiech. Drugi, wysoki, długowłosy blondyn, patrzy na mnie, powiekę jednego oka ma nieco opadniętą. Ubrany kolorowo i luźno.
Pyta: „skąd wiedziałaś, że tu jest nowy przystanek do centrum”. On jest od niedawna otwarty, nikt prawie o nim nie wiem. Dlatego Wietnamczyk tak się ucieszył, że przyszłaś. Nie może naganiać turystów, bo stojący tu taksówkarze, by mu żyć nie dali. Każdy nowy klient bardzo go cieszy.
Kiedy mu odpowiadam, ten tłumaczy mi, że autobusy z przystanku, na którym wcześniej stałam też odjeżdżają do miasta, ale nie do samego ścisłego centrum i jest więcej kombinowania. Sam mieszka tu już 3,5 roku i jest już zadomowiony. Wraca właśnie z wakacji z domu rodzinnego w Wielkiej Brytanii. Tłumaczy mi gdzie mam wysiąść, a kontroler biletów wskazuje w którą uliczkę mam się kierować. Płacę 30.000 dongów. (1,5$). Niestety nie mam przy sobie żadnej mapy, więc idę trochę na oślep. Po kilku minutach wiem, że sama tam nie trafię. Wyszukuję starego maila z adresem hostelu i pytam się przechodniów, nie próbując nawet wymówić nazwy ulicy, tylko przytykając im telefon pod same oczy. 

Hanoi nocą
Metodą prób i błędów trafiam do malutkiej, wąskiej uliczki, zawalonej skuterami, tuż przy nich prowizoryczne kuchnie prosto na ziemi. Na niziutkich plastikowych krzesełkach siedzą ludzie i jedzą. Obok palniki z garnkami i patelniami, z których unosi się para. Drzwi wszędzie pootwierane na oścież, z niektórych dochodzi taki zapach, że ledwie mogę złapać oddech. Smród starego oleju, ryb i resztek jedzenia, które wszędzie się walają. Mieszanka wybuchowa. Pośpiesznie mijam ludzi i śmieci i staję przy moim hostelu. Nie zachwyca, ale z drugiej strony, co by się chciało za 11$ za noc. Z drugiej strony, to tak jakbym zamieszkała w China Town. Wąskie, wysokie, zaniedbane domy pełne zakamarków i tajemnic. Już mi się podoba. Recepcjonista okazuje się miły, pokazuje mi pokój. Mikroskopijny pokój z przesuwnymi drzwiami. Cały pokój to w zasadzie łóżko z malusieńkim przejściem do łazienki. Łazienka to ubikacja bez klapy i prysznic tuż nad nim. Kabiny brak. Powstrzymuję śmiech. Dziękuję ładnie za pokój i już się zastanawiam, jak tu będę brała prysznic. Można od razu sikać i się myć:)


zatłoczone ulice Hanoi 

Jeszcze dzisiaj wybieram się do centrum, a w zasadzie to już jestem na starówce. Szwendam się przez kolejnych kilka godzin po mieście. Nie mogę nacieszyć się nowym miejscem. Szkoda spać. Tyle tu ludzi, dźwięków, zapachów, świateł. Dopiero zmęczenie i mocno bolące nogi zmuszają mnie do powrotu do hotelu. Jestem zachwycona. 

Most Wschodzącego Słońca na jeziorze Hoam Kiem

jeden z domów na starówce





piątek, 6 stycznia 2017

NOWE ŻYCIE SZACHOWNICY


Jaskinia Szachownica

Fundacja Speleologia Polska angażuje się w wiele pożytecznych projektów. Jednym z nich jest dokumentacja jaskini Szachownica. Przeczytajcie co udało się zrobić. 

Nowe życie Szachownicy


Szachownica, ze swoją długością 872 m jest największą jaskinią Wyżyny Wieluńskiej. Ale miarą jej niezwykłej wartości jest inna liczba – to co najmniej 2000 nietoperzy hibernujących tu każdej zimy. Oprócz ilości zwierząt ważny też jest ich skład gatunkowy; z 26 stwierdzonych w Polsce taksonów 11 występuje w Szachownicy, w tym 4 gatunki unikatowe, zagrożone wyginięciem nie tylko w Polsce ale i w całej Europie: mopek Barbastella barbastellus, nocek łydkowłosy Myotis dasycneme, nocek Bechsteina Myotis bechsteinii i nocek duży Myotis myotis. To dla nich w 2007 r. Komisja Europejska zakwalifikowała teren rezerwatu na Krzemiennej Górze do europejskiej sieci „Natura 2000”, jako Specjalny obszar ochrony siedlisk - Szachownica PLH240004. Inną miarą unikatowych wartości jest pochodzenie - na jej przykładzie opisano nową genetyczną grupę jaskiń, tzw. jaskiń proglacjalnych, tworzących się na przedpolu lodowców.

Nietoperze w jaskini Szachownica

Niestety, temu wyjątkowemu miejscu groziła zagłada. Jaskinia w dużym stopniu została przekształcona przez człowieka, który przez 100 lat, aż do 1962 r. prowadził tu podziemną eksploatację kamienia wapiennego, powiększając znacznie wymiary korytarzy i sal. Procesy mrozowe i erozyjne powodowały, że korytarze groty zaczęły rozsypywać się niczym domek z

kart, grożąc zawaleniem całej jaskini. Potem było coraz gorzej, kolejni eksperci ostrzegali przed zawałem, czas mijał a grota jakimś cudem ciągle trwała choć od stropu odpadały kolejne warstwy nadkładu i tylko niczego nie świadome nietoperze zlatywały się co roku w coraz to większej liczbie, jakby na przekór losowi.




W 2008 r. Wojewoda Śląski zlecił Głównemu Instytutowi Górnictwa opracowanie możliwości zabezpieczenia jaskini. Dla zabezpieczenia stropu przed zawałem najwłaściwsze okazało się użycie metod typowo górniczych, stosowanych do zabezpieczenia wyrobisk podziemnych. Inżynierów wsparli także przyrodnicy, konkretnie chiropterolodzy z tzw.Porozumienia dla Ochrony Nietoperzy. W 2012 r. Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska w Katowicach, która zarządza obszarami Natura 2000 w województwie śląskim, podpisała umowę z Narodowym Funduszem Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej oraz z unijnym tzw. Instrumentem Finansowym LIFE+ na wsparcie kosztów prac ratunkowych w Szachownicy. W 2014 r. Główny Instytut Górnictwa wykonał, tym razem na zlecenie Regionalnej Dyrekcji ochrony Środowiska w Katowicach, projekt techniczny zabezpieczenia podziemi. Wykorzystując wieloletnią praktykę w kopalniach węgla i doświadczenie z analogicznych zadań ratunkowych w Jaskini Głębokiej, zaprojektowano trzy rodzaje wzmocnień: żelbetowe filary podporowe, iniekcję ciśnieniową stropów sal jaskini i obudowę kotwową stropów i ścian sal. Dzięki temu spękany górotwór nad grotą, nie dość że zostanie porządnie podparty, to także dosłownie sklejony, tworząc ochronny parasol.



Prace w jaskini 

W czerwcu 2015 r. przed otworem Szachownicy powstał plac budowy; pracownicy firmy Novum Servis Sp. z o.o. z Zabrza wzięli się ostro do roboty, tym bardziej że musieli zakończyć prace do września, a więc przed pojawieniem nietoperzy. Stropy sal podparli drewnianymi kasztami i stropnicami. Wszystko po to, aby bezpiecznie wykonać właściwe prace. W trzech miejscach zbudowano betonowe filary podporowe; wszystkie obmurowano odłamkami skał wapiennych, uzyskując wygląd zbliżony do naturalnego. Następnie sklejono spękany górotwór, pompując do środka przez otwory iniekcyjne aż kilkadziesiąt ton kleju mineralno-organicznego. W ten sposób powstał swoisty „płaszcz” ochronny, ograniczający dopływ wody do jaskini, co się powinno przełożyć na ograniczenie a nawet eliminację mrozowego rozsadzania skały. Końcowym etapem było zabezpieczenie stropów i ociosów za pomocą obudowy kotwowej i kotwowo-cięgnowej oraz zamontowanie ochronnej okładziny siatkowej. To w dużym skrócie - aby lepiej zapoznać się ze szczegółami ww. prac należy odwiedzić stronę internetową projektu www.lifeszachownica.pl.



zabezpieczenia w jaskini Szachownica


Pod koniec sierpnia 2015 r. plac budowy zostały uprzątnięty i robotnicy opuścili jaskinię. Teraz należało poczekać na nietoperze, czy zaakceptują tak duże zmiany w swojej sypialni. W styczniu 2016 r., zgodnie z coroczną tradycją, chiropterolodzy z OgólnopolskiegoTowarzystwa Ochrony Nietoperzy policzyli hibernujące nietoperze. Stwierdzili, że w grocie zimowało co najmniej 2280 osobników należących do 9 gatunków. Był to jeden z najwyższych zaobserwowanych stanów; również skład gatunkowy jakościowo i ilościowo nie odbiegał od normy. Przeprowadzone prace nie spowodowały więc negatywnych zmian w warunkach dla zimowania nietoperzy.

Tuż przy otworze jaskini



W czerwcu 2016 r. prace górnicze w Szachownicy zostały wznowione. Będą one prowadzone, wg już opisanego schematu, aż do jesieni, by we wrześniu ostatecznie wszystko zakończyć. Jaskinia Szachownica zyska nowe życie, z pożytkiem dla natury i ludzi.

autor: Jurek Zygmunt

Polecany post

NOWE ŻYCIE SZACHOWNICY

Jaskinia Szachownica Fundacja Speleologia Polska angażuje się w wiele pożytecznych projektów. Jednym z nich jest dokumentacja jaskini...