wtorek, 12 maja 2015

PIESZA WĘDRÓWKA - ZAMKI CHIANTI - 4 maj 2015


Wstajemy wcześniej i wyciągamy czym prędzej nasze rowery ze schowka. Pamiętają lepsze czasy, ale posiadają bagażnik, na którym Ania może siedzieć i spory koszyk na zakupy. Zjeżdżamy ze zbocza i w kilka chwil jesteśmy przy sklepie.
Nasze śniadanko
Wybieramy kilka podstawowych produktów i spoglądamy z ciekawością na sery. Jest pecorino – czyli ser produkowany wyłącznie z mleka owcy (pecora – owca). Można go spożywać w różnych stadiach dojrzewania, lecz nigdy przed upływem ośmiu miesięcy. Wybieramy 2 rodzaje. Kupujemy też chleb. Ma twardą, przypieczoną skórkę i nie jest solony. Do tego nie może zabraknąć oliwek i suszonych pomidorów. W pobliskim sklepie próbujemy miejscowych wędlin. Wybieramy salami i szynkę parmeńską. Teraz możemy zjeść śniadanie na naszym tarasie.
Salami i prosciutto
Dzisiaj wybieramy się na rekonesans okolicy. W regionie Chianti występuje kilkadziesiąt zamków, rezydencji i opactw. Wszystko w zasięgu kilku kilometrów. Wspinamy się do góry i wąską dróżką podążamy w kierunku XI wiecznego zamku Vertine i kościółka św Bartłomieja. Okazuje się, że zamek jest zamknięty, ale wokół zamku jest malusieńka osada. 
Przy wejściu do zamku Vertine
Większość budynków wybudowana jest w tym samym okresie co zamek. Obchodzimy wąskimi brukowanymi uliczkami zupełnie opustoszałe mini miasteczko i dochodzimy do kościółka św Bartłomieja. Fasada odnowiona w latach dwudziestych prezentuje się urokliwie. Przysiadamy na chwilę i raczymy się wodą ze źródełka.
stare urokliwe dachówki
kościół św. Bartłomieja

Postanawiamy przejść szlakiem pokazanym na mapie do kolejnego zamku na trasie. Nie jest to jednak takie proste. Oznaczeń praktycznie brak. Pakujemy się nieostrożnie w pole winorośli i przejścia nie znajduje. Wracamy do punktu wyjścia i wybieramy inną trasę. Zamiast do zamku wędrujemy dróżką do opactwa San Donato in Perano. Droga jest malownicza, acz długa.
wszechobecny kogut (gallo nero)
czasami Anka już nie daje rady

Po drodze napotykamy kilka razy na symbol koguta. Później doczytaliśmy, że galo nero (czarny kogut) to był emblemat Ligii Chianti, czyli militarnego przymierza, ustanowionego przez Florencję, aby przeciwstawić się militarnej potędze Sieny. Obejmowała swoim zasięgiem trzy miejscowości: Gaiole, Radda i Castellina in Chianti. Kiedy Siena straciła na znaczeniu, przymierze nie miało dłużej sensu istnienia i zostało rozwiązane. Obecnie czarny kogut jest używany przez konsorcjum produkcji wina w Toskanii jako rynkowy symbol Chianti Classico. (do win wrócę w kolejnym wpisie)
Gallo nero w Gaiole in Chainti (800 kg i ponad 2000 piór)
Kiedy dochodzimy do opactwa jesteśmy zmęczeni, ale szczęśliwi. Opactwo jest zamknięte, więc oglądamy jedynie ogrody. Przysiadamy na wielkich kamiennych stołach, Okazuje się, że to wyposażenie malutkiej tratorri, która jest wystawiona na sprzedaż. Chętni byśmy kupili to piękne miejsce, tylko funduszy brakuje.
opactwo San Donato in Perano

widoki po drodze



poniedziałek, 11 maja 2015

SIENA - ŚREDNIOWIECZNE MIASTO - 3 maj


Rano zapoznajemy się z wyposażeniem mieszkania. Naszą uwagę przyciąga wiekowy ekspres ciśnieniowy, który wygrzebaliśmy z szafki. Konstrukcja prosta, ale ma pewne wady. Należy mieć dopasowany kubek, bo w przeciwnym razie kawa rozpryskuje się na boki.

kawiarka w naszym apartamencie

Schodzimy do miasteczka na zakupy. Okazuje się, że sklep w niedzielę jest otwarty tylko do 12.30, więc wracamy do domu z niczym.

Gdzie by tu pójść?

Zjadamy resztkę zapasów z Polski i wybieramy się do Sieny. To jedynie 27 km. Jest niedziela, więc to dobry dzień na zwiedzanie większego miasta. Wiadomo, łatwiej zaparkować i mniejszy ruch. U podnóża wzniesienia, (dokładnie 3 wzgórz), gdzie ulokowało się stare miasto, znajduje się kilka parkingów. Opłata za cały dzień to 6 Euro. 

Kafelki przy schodach ruchomych w przejściu do centrum Sieny 

Wchodząc do budynku wyglądającego jak stacja metra kilkoma kondygnacjami ruchomych schodów podjeżdżamy do samego centrum miasta i momentalnie mamy wrażenie przeniesienia się w średniowiecze. Ruch samochodowy prawie nie istnieje. 
Przechadzamy się wąskimi uliczkami.

Wąskie uliczki Sieny


Siena przeżywała, jak każde miasto, okresy rozkwitu i upadku. W XII wieku stała się niepodległą republiką stając się zagrożeniem dla sąsiedniej Florencji. Oba miasta rywalizowały zaciekle o palmę pierwszeństwa. Siena wspierała frakcję gibelinów (popierająca Święte Cesarstwo Rzymskie), natomiast Florencja frakcję gwelfów (popierająca papiestwo). To nie był szczęśliwy wybór dla Sieny. Wyniszczający konflikt z Florencją i zaraza pod koniec XIV wieku, która zmniejszyła populację miasta o jedną trzecią, doprowadziły do upadku miasta. Z drugiej strony, dzięki temu miasto pozostało na uboczu wielkiej polityki i do dziś przetrwało wiele ze średniowiecznej zabudowy w niezmienionym kształcie.

chorągiew jednej z contrade

Co chwilę napotykamy na powiewające chorągwie. Są różnokolorowe. Ania krzyczy co chwila: „zobacz mamo: ta flaga jest ze ślimakiem, a tamta ze smokiem." Tłumaczę jej, że każda z tych chorągwi z herbem reprezentuje contrade (czyli poddzielnicę). Wszystkich contrade jest 17. Mają swoje oddzielne barwy i stroje. Ta struktura administracyjna przetrwała od średniowiecza. Mieszkańcy są bardzo przywiązani do swojego contrade. 

herb contrade

Uwidacznia się to najbardziej w czasie wielkiego wyścigu konnego, który odbywa się ulicami miasta. Wyścig zwany palio, którego początki sięgają XIII wieku nie ma sobie równych w całych Włoszech. Widowisko odbywa się 2 razy do roku, w lipcu i sierpniu. Biorą w nich udział 10 contrade, więc muszą się wymieniać. Ulice są dekorowane kolorami każdego contrade, robione są zakłady na ogromne sumy. 

Palio w Sienie
Ulice wokół Piazza del Campo tworzące trasę wyścigu wysypywane są piaskiem, a najbardziej niebezpieczne zakręty są ochraniane materacami, żeby końskie kopyta się nie ślizgały. Mieszkańcy poszczególnych dzielnic żyją tymi wydarzeniami, nie mniej niż iż przodkowie, znają wyniki wyścigów kilka stuleci do tyłu i się nimi licytują. Konie, które zostają wylosowane 2 dni przed zawodami są pilnie strzeżone, aby nie zostały osłabione przez przeciwników. Podobnie sprawa się ma z dżokejami, którzy są pilnie obserwowani, aby nie zostali przekupieni przez konkurencję. W dniu wyścigu odbywa się barwna ceremonia rozpoczęcia. Sam wyścig trwa kilka minut, tyle ile trwa trzykrotne okrążenie Campo. Gonitwa jest brutalna i nie ma tu miejsca dla mięczaków, a zwycięzca może być tylko jeden. Staje się bohaterem całego miasta.

Piazza del Campo

Palazzo Pubblico w Sienie
Docieramy do Piazza del Campo. To jeden z najsłynniejszych placów na świecie. Przypomina w kształcie wachlarz, położony na łagodnym stoku. Wokoło harmonijnie rozmieszczone są przyklejone do siebie budowle. U podnóża znajduje się rozległa fasada Palazzo Pubblico – zbudowanego z kamienia i cegły, którego budowę zakończono w XIII wieku. Oprócz funkcji muzealnej, jest do dzisiaj siedzibą władz Sieny. 

plac treningowy dla Ani
Ania ma świetne miejsce do jeżdżenia na hulajnodze. Śmiga między ludźmi w swojej czerwonej sukience i chustce na głowie. Stanowi swego rodzaju atrakcję turystyczną, co chwila jakaś Amerykanka czy Japończyk robią jej zdjęcia i uśmiechają się życzliwie. Podchodzimy do fontanny, która jest u szczytu placu. To Fonte Gaia czyli Fontanna Radości (XIV wiek), nazwana tak z powodu radości, jaka towarzyszyła jej otwarciu. Ani podoba się rzeźba wilczycy. Wilczyca karmiąca Remusa i Romulusa to częsty widok w Sienie. Według legendy, Seniusz, syn Remusa, był założycielem miasta. W rzeczywistości nie ma pewności, kto założył miasto.

Fontanna Radości


Przez przypadek trafiamy na jakieś uroczystości lokalne na Plazza del Campo


członek jednego z contrade




Przemieszczamy się w stronę Piazza del Duomo (Plac Katedralny). Co chwilę mijamy małe lodziarnie. W końcu decydujemy się na lody w nieco schowanej kawiarence. Wybieramy małe lody, okazuje się, że małe to one nie są. W małym waflu mamy wielką górę lodów. Trudno nadążyć z konsumpcją. Co chwila komuś cieknie słodki płyn po palcach . Smak straciatelli i truskawek zostaną ze mną do końca życia. To najlepsze lody jakie jadłam w życiu. Uśmiech córki zdaje się to potwierdzać.

Katedra di Santa Maria Assunta

Katedra di Santa Maria Assunta
Plac Katedralny robi na nas wrażenie. Katedra di Santa Maria Assunta, której budowę rozpoczęto w XII wieku w stylu romańskim, została zakończona w stylu gotyckim. Konstruktorzy mieli ambicję, aby była to największa katedra w ówczesnym świecie. Nie doszło do realizacji planów ze względów na zarazę, ale artyści Giovanni Pisano, a później Nicoli Pisano wykonali niezły kawał roboty, a teraz my możemy podziwiać charakterystyczną bryłę budowli z kolumnami i ścianami pokrytymi pasami białego i czarnego marmuru i główne wejście z niewyobrażalną ilością zdobień. Niestety nie wchodzimy do środka katedry. Większość kościołów we Włoszech jest traktowana jako muzea z cenami wejść od 5 Euro w górę. Tym razem więc rezygnujemy z obietnicą powrotu w to piękne miejsce.  

Ania robi też za fotografa


PRZYJAZD DO GAIOLE IN CHIANTI - 2 maj 2015


Jedziemy już kilka godzin. Austria błyska nam leśnymi i górskimi krajobrazami. Przekraczamy granicę za Klagenfurtem i jesteśmy w Italii. Od jakiegoś czasu liczymy tunele. Dwudziesty już jest za nami. Przeczytaliśmy 2 grube książki, przebraliśmy kilka razy Zuzię, lalkę Ani i wyśpiewaliśmy cały dziecięcy repertuar. Z każdym kilometrem robi się cieplej. 

Jeszcze w Austrii

Na kolejnych postojach zrzucamy warstwy ubrań. Za nami już Bolonia, Florencja i nareszcie zjeżdżamy z autostrady i wjeżdżamy na krętą drogę, która prowadzi nas między polami winorośli i gajów oliwnych. Nabieramy wysokości. Oglądamy przez szyby pięknie utrzymane kamienne farmy. Gaioli in Chianti to mała miejscowość w samym centrum regionu Chianti, położona w niewielkiej dolinie. Tutaj będziemy mieszkali przez najbliższe 2 tygodnie.

Gaiole in Chianti - plan miasta

Wjeżdżamy do miasteczka i zdaje nam się, jakby czas się tutaj zatrzymał. Wbijamy się w wąską brukowaną uliczkę, z jednej strony szczelnie zamkniętej przez kamienne domy, z drugiej ograniczonej przez leniwie płynącą rzeczkę. Szybko udaje nam się zlokalizować naszą ulicę. Podjeżdżamy na parking. Przed sobą mamy położony na zboczu, kompleks przyklejonych do siebie mieszkań z tarasami. Jak zwykle nie możemy znaleźć naszego numeru. Podjeżdżamy stromym podjazdem na drugą stronę budynku i rozglądamy się za właściwym numerem. Szukamy Andrei, który ma nam przekazać klucze. Na balkonie jednego z mieszkań widzę przysadzistego mężczyznę, który przygląda się nam z ciekawością. Wołam do niego, że szukam Andrea. Zdziwiony kręci przecząco głową. Z mieszkania wychyla się głowa kobiety. Tłumaczy coś szybko mężczyźnie i krzyczą głośno w otwarte okno na parterze. Pojawia się młoda kobieta, a tuż za nią mężczyzna. Tym razem to już Andrea. Młody, przystojny Włoch prowadzi nas do naszego apartamentu. Spoglądamy nieufnie na schody prowadzące w dół. Będziemy mieszkali w piwnicy?

Okazuje się, że mieszkamy w rzeczywistości na pierwszym piętrze. W kuchni i sypialni mamy wyjście na obszerny taras, gdzie z miejsca postanawiamy jeść śniadania. Kuchnia pełni dodatkowo funkcję pokoju gościnnego z kominkiem w rogu i wygodną kanapą po przeciwnej stronie. Jesteśmy przeszczęśliwi. Anka skacze po łóżku w sypialni i mówi że spełniło się jej marzenie. Jesteśmy zmęczeni, ale wybieramy się na szybki rekonesans okolicy. Jest sobota wieczór i chcemy zrobić zakupy na niedzielę.

Anka już niemal nie rozstaje się z hulajnogą

Schodzimy około 200 metrów i jesteśmy w centrum, które stanowi jedna długa ulica, częściowo zamknięta dla ruchu. Rozglądamy się z ciekawością. Market, a raczej markecik jest już zamknięty, kilka malutkich trattorii i osterrii zachęca do odwiedzin, ale my wybieramy malusieńką pizzerię. Przy przeszklonej gablocie stoją wysokie krzesła barowe i pozioma deska pełniąca funkcję stolika. Jakaś włoska rodzina konsumuje pizzę. Ludzie stłoczeni stoją w środku. Na zewnątrz kolejnych kilka osób czeka cierpliwie na swoją kolej. Z rury tuż nad drzwiami dobywa się smakowity zapach ciasta. To dobra rekomendacja. Czekamy cierpliwie, wchodzimy do środka.

Gaiole in Chianti


Włoska mamma schodzi ze swojego krzesła i proponuje Ani miejsce. Patrzy na mnie i pyta czy może naszej córce zaproponować kawałek ich pizzy. Zgadzam się, a Ania usadawia się na krześle i szczęśliwa zawija sobie kawałek w papier. Modlę się tylko, żeby jej smakowało i nie zaczęła wybrzydzać, ale zajada ze smakiem Następuje wymiana grzeczności. Ania przedstawia się po angielsku: „I am Ania”, I am 5 years” Włoska rodzina uśmiecha się do niej nieustannie i próbują z nią żartować. W końcu otrzymujemy naszą pizzę na wynos. Płacimy 5,5 Euro i wracamy do domu. Pizza jest najwyższych lotów. Cieniusieńkie, chrupkie ciasto, doskonały sos pomidorowy, kawałki mięsa. Jesteśmy w niebie. Zostawiamy rozpakowywanie na jutrzejszy dzień. Po co się przemęczać. W końcu to wakacje.

herb Gaiole in Chianti



NA MORAWSKIEJ ZIEMI - 1 maj 2015

Kiedy moja powieka unosi się w górę, nie wierzę w to co widzę. Moja córka, ubrana, leży na mojej walizce i próbuje ją dopiąć. Jest podekscytowana wyjazdem. Wstaję i robię kanapki na drogę. Rzadko to robię, zazwyczaj Witek wyręcza mnie w takich pracach, ale w taki świetnie zapowiadający się dzionek nie marudzę i rzucam się wir przygotowań. Jeszcze kilka kursów w miasto i około 12 jesteśmy gotowi do wyjazdu.



Naszym celem jest dzisiaj Mikulov, małe miasteczko na Morawach, tuż przy granicy z Austrią. Mamy sporo czasu, więc spontanicznie skręcamy do Ołomuńca, drugiego pod względem ilości zabytków miasta w Republice Czeskiej. Od dłuższego czasu pragnę odwiedzić to miasto. Dzięki temu, że jest niedziela bez problemu parkujemy w centrum i wdrapujemy się w kierunku pierwszego placu. Plac jest obszerny, a na środku stoi kolumna. Czyżby to była ta słynna kolumna morowa, o której tyle trąbią. Nie możliwe. Jest piękna, ale bez przesady. Wpis na listę kulturowego dziedzictwa UNESCO do czegoś zobowiązuje. Podchodzimy bliżej. To kolumna morowa, owszem, ale kolumna ze statuą Maryi, wybudowana na początku XVIII wieku, tuż po zakończeniu epidemii, która wybuchła w mieście.


Tajemniczy mężczyzna
 
Plac jest pustawy, na murku pobliskiej fontanny siedzi młodzieniec z rudą brodą. Ma obcisłe spodnie, dopasowaną marynarkę i nonszalancko narzucony długi szal. Siedzi wyprostowany, z założoną nogą na nogę. Twarz jego jest zastygła w zamyśleniu. Trochę jak nie z tego świata. Pewnie układa wiersz w głowie. Po dłuższej chwili wstaje, przekłada przez ramię sztruksową torbę, rozkłada parasol w zupełnie bezdeszczowy dzień i spacerowym krokiem mija nas w sobie tylko znanym kierunku. Za chwile zniknie w bramie kamieniczki i wróci do swoich czasów.

Rynek z Kolumną Trójcy Przenajświętszej i Ratuszem w tle

Dochodzą do nas dźwięki muzyki jazzowej. Ruszamy w jej kierunku. Przechodzimy na jeszcze większy plac. W mieście trwają Ekologiczne Dni Ołomuńca. Rynek pełen jest straganów i stoisk. Po prawej stronie prowizoryczna estrada, a na niej zespół jazzowy. Grupa osób ustawionych tuż pod sceną oklaskuje kolejne utwory. 

Rynek w Ołomuńcu
Anka jest zainteresowana piłowaniem drzew, ale już zupełnie jest stracona, gdy dochodzimy do stoiska z artykułami wiklinowymi. Podchodzi do mężczyzny, który siedzi i zręcznie operując witkami konstruuje koszyk. Obserwuje natarczywie każdy jego ruch i zdaje się być tym zafascynowana. Szukam słynnych serków ołomunieckich, ale nigdzie ich nie spotykam. Stoisko serów pełne jest oscypków, ale serków ołomunieckich brak. Wśród tego harmidru, unoszących się zapachów, stoisk pełnych cudeniek, dumnie i niewzruszenie stoi kolumna Trójcy Przenajświętszej. Nie da się jej pomylić z niczym innym. Ma 35 metrów wysokości i jest bogato rzeźbiona. Postawiona przez mieszkańców, jako wotum dziękczynne za uwolnienie od zarazy, jest perełką wśród zabytków tego typu. Budowana przez 38 lat i wyświęcona w 1754 jest przykładem baroku ołomunieckiego. Jestem pod wrażeniem.

Ania, nogi Witka i Zuzia

Czeskie frytki
Do Mikulova dojeżdżamy wieczorem. Mamy zamieszkać na jedną noc w Mikulovskim Rudolfinum. Szukamy ulicy Brneńskiej 88. Objeżdżamy i przechodzimy wzdłuż prawie całą ulicę i nie możemy znaleźć takiego numeru. Od centrum numery idą rosnąco, ale naszego numeru nie ma. Wyjeżdżamy z miasta dwukrotnie i nie możemy znaleźć naszego hotelu. W końcu parkujemy w centrum i przechodzimy przez ryneczek i w jednej z bocznych uliczek przypadkowo natykamy się na naszą ulicę i nasz upragniony hotelik. Zdaje się, że budynek ma podwójną numerację. Na budynku jest numer 9 i 88. Nie jest on oznaczony jako hotel. Na parterze znajduje się galeria sztuki i optyk. Drzwi są zamknięte. Dzwonimy domofonem i wychodzi do nas po dłuższej chwili starszy, uroczy pan. Omiata wzrokiem naszą trójkę i zapraszając do środka z uśmiechem mówi: „ Czekałem na Was”. Wielkie drewniane drzwi zamykają się za nami z głośnym zgrzytem. 

Rudolfinum - nasz hotel w Mikulovie
W sieni przechodzimy przez szklane drzwi i stajemy przed ażurową bramą, za którą widzimy schody na piętro. Czech instruuje nas, który dokładnie metalowy pręt należy przekręcić, aby drzwi się otworzyły. Anka jest zachwycona. Na pierwszym piętrze kolejne drzwi, wyglądające jak półokrągłe okno i tuż za nim balkonik prowadzący na piękny arkadowy dziedziniec miniaturowych rozmiarów z maleńką fontanną na środku. My mieszkamy na poddaszu, w uroczym pokoiku z jednym wykuszowym okienkiem tuż przy suficie. Wyruszamy na krótki spacer po mieście. Na rynku słup morowy, już nie taki okazały, fontanna z rzeźbą Pomony – rzymską boginią sadów i drzew owocowych oraz zabytkowe renesansowe kamieniczki i kościół. Szczególnie podoba nam się Dom u Rycerzy – wykonany w technice sgraffito (artysta nakładał najpierw kolejne warstwy tynku, a następnie zeskrobywał fragmenty wierzchnie w czasie kiedy jeszcze nie zaschły.

Nocne widma w Mikulovie
W ten sposób powstały postacie związane z historią miasta i regionu). Nad miastem góruje zamek, który należał początkowo do rodziny Lichtensteinów, a później do rodu Ditrichsteinów. Ta ostania rodzina miała wielki wpływ na rozwój miasta. Przebudowała zamek, ufundowała wiele budynków użyteczności publicznej w mieście. Umożliwiła też osiedlanie się społeczności żydowskiej (XV wiek), dzięki czemu w połowie XIX wieku Żydzi stanowili ponad 40% mieszkańców tworząc prężnie działającą gminę żydowską. Z kilku synagog przetrwała do naszych czasów tylko jedna, w zeszłym roku odrestaurowana i na nowo otwarta jako centrum kulturalne. Sam zamek przetrwał do 1945, kiedy to został spalony przez uciekającą armię niemiecką. Po latach odbudowano zamek i stworzono muzeum. Najbardziej imponującym eksponatem jest beczka z 1643 roku mogąca pomieścić 101 tysięcy litrów wina. Przemykaliśmy się uliczkami oświetlonymi pięknie oświetlonymi lampionami. Nie udało nam się uniknąć Polaków, którzy idąc podchmieloną grupą męcząco co chwila pokrzykiwali „Brunhildo” zakłócając spokój nocy. Cóż nam pozostało. Podążyliśmy do naszego schronienia na poddaszu, aby oddać w ramiona Morfeusza.

środa, 21 maja 2014

Mmmmmmmmmm.........

„W życiu pada wiele pytań, na które czekolada przynosi odpowiedź.”

~ Nigella Lawson
 Polecam : 3,46 minuty z Marcello 


aga

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

The child-driven education



Wściekałam się na samą myśl, że moje dziecko odrabiając zadanie korzysta z Google, a nie z podręcznika...

Polecam wystąpienie SUAGATA MITRA na temat jego eksperymentu z samodzielnym uczeniem się.

Czwarty filmik na poniższej stronie.







poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Dla Kojaka i jego CZARUjącej, ciążarującej żony ;-)

Peryskop Dnia codziennego przedstawia:

(dzisiaj otrzymałam to mailem od koleżanki z pracy więc nie wiem czyjego to autorstwa ;-)


Co ma zrobić mężczyzna, by się przekonać jak to jest być w ciąży ...



Bywa, że panom trudno zrozumieć, czemu ich wybranki kiepsko się czują, będąc w ciąży. Oto lista rad, które powinien wprowadzić w życie mężczyzna, by pojąć jak fajnie jest być w stanie błogosławionym.

1-3 miesiąc :
1. Każdego wieczora organizuj sobie zatrucie np. jedz przeterminowaną rybę i popijaj mlekiem. Później dowiesz się po co.
2. Rano wstań, weź pigułkę nasenną i idź do pracy. Jeśli bardzo źle się czujesz, zostań w domu, ale nie zapomnij posprzątać i ugotuj obiad.
3. Do kostek nóg przywiąż woreczki z piaskiem, po 1,5 kg na nogę.
4. Przed wyjściem z domu włóż do kieszeni zdechłą mysz i nie wyjmuj przez cały dzień.
5. Tego nie jedz! Tamtego też nie! Najlepiej zjedz jabłko.
6. Rzuć kawę, coca-colę, mocną herbatę, napoje gazowane. Chciałbyś skoczyć z kumplami na piwo?  Nie ma mowy!
7. Usiądź wygodnie i zjedz jogurt. Nie masz ochoty? Zjedz choć trochę.
8. Porzygałeś się? Posprzątaj po sobie. Nie wołaj żony, jest zajęta.
9. Idź na pobranie krwi. Muszą ci zrobić niezbędne badania.
10. 3 razy w miesiącu chodź na badania do proktologa!

3-6 miesiąc :
1. Do brzucha przywiąż materac z wodą.
2. Nie odczepiaj go przez cały dzień, nawet gdy się ubierasz i wiążesz buty.
3. Śpij z tym materacem. Jak to jak? Na boku.
4. Nie zapominaj rano wziąć pigułki nasennej.
5. Przed wyjściem do pracy wypij litr wody i weź furosemid.
6. Przed spaniem również wypij litr wody i weź furosemid.
7. Do nosa włóż waciki, tak byś odczuwał lekką duszność i noś je cały czas.
8. Masz duszności? Otwórz okno.
9. Idź na pobranie krwi. Jak to po co? Zrobić niezbędne badania. Co z tego, że już robiłeś?
10. 3 razy w miesiącu chodź na badania do proktologa. Materaca z brzucha nie odwiązuj!

6-9 miesiąc :
1. Każdego ranka usiądź na fotel obrotowy i kręć się 10 minut. Potem wstań i szykuj się do pracy. Kręci ci się w głowie? No co ty? To na pewno minie.
2. Dolej wody do materaca.
3. Wypij coś moczopędnego. W pracy pij szklankę wody co godzinę.
4. Nie opuszczaj miejsca pracy zbyt często! Bądź czujny i dyspozycyjny. Ciąża to nie choroba!
5. Zwiększ wagę woreczków z piaskiem, które masz przywiązane do kostek nóg do 2 kg.
6. Wieczorem nie odwiązuj materaca, połóż się do łóżka i bądź namiętnym kochankiem.
7. Wydaje ci się, że nie jesteś teraz atrakcyjny dla żony? Bądź wspaniałomyślny, wybacz jej.
8. Poświęcaj żonie więcej czasu i uwagi, przecież jej też jest ciężko.
9. Idź na pobranie krwi. Po co? Po to samo co zawsze, niezbędne badania.
10. 3 razy w miesiącu chodź na badania do proktologa. Oczywiście, że z materacem.

Bo najważniejsze jest, by dopisywał nam humor ;-)

Aga

Polecany post

NOWE ŻYCIE SZACHOWNICY

Jaskinia Szachownica Fundacja Speleologia Polska angażuje się w wiele pożytecznych projektów. Jednym z nich jest dokumentacja jaskini...