wtorek, 7 maja 2013

SAN FRANCISCO - 2000 KALORII MNIEJ

Relacja z sobota 27.04.2013

Aneta, Ela, Ania
San Francisco wita nas mgłą, ale nie deszczem. Wjeżdżamy od południowej strony miasta. Samochód parkujemy na Lincoln Way, tuż obok Parku Golden Gate. Jest to na uboczu miasta. Parkowanie w centrum to wydatek rzędu przynajmniej 10$, nie mówiąc o tym, że trzeba najpierw ten parking znaleźć. Jest godzina 8.30. Każdy z nas ma odmienne oczekiwania co do San Francisco Ja chce zwiedzić dzielnicę hipisów Ashbury Haights. Ela chce zobaczyć most Golden Gate a Ania lwy morskie wylegujące się w dokach na nadbrzeżu 69. Witek marzy o amerykańskim śniadaniu.

Maszerujemy parkiem i co krok mijamy biegaczy. Młoda dziewczyna biegnie z psem, za nią przystojny chłopak bez koszulki, pot mu ścieka po plecach. Koszulkę trzyma w ręku.. Tuż obok biegnie para pchając wózek z małym bobasem w środku. Przechodzimy przez park i wspinamy się ulicą coraz wyżej. Dzisiaj czeka nas długi i wymagający spacer. Miasto położone jest na 40 wzgórzach co szybko poczujemy w nogach. Wzdłuż ulicy znajdują się małe kafejki, bary i restauracje ze zdrową żywnością. To nie zadowala Witka, szuka amerykańskiej restauracji . Obok chińskiego sklepiku, gdzie kupujemy owoce zauważamy małą restaurację z przyklejoną do szyby kartką A4 „Zestaw śniadaniowy – 3,60$ (do 10 rano)”. Spoglądamy na zegarek. Jest 9.30. Wchodzimy. Chuda, około 60 letnia Chinka z miłym uśmiechem podchodzi do nas z menu. Od razu zamawiamy reklamowane zestawy.

Mijamy co chwila biegaczy
Kucharz, wiecznie uśmiechnięty chińczyk przygotowuje wszystko na bieżąco. Amerykańskie typowe śniadanie składa się z 2 jajek i tartych podsmażonych ziemniaków. Do tego kiełbaski lub 2 paski bekonu bądź gruby plaster szynki. Z pieczywa natomiast mamy do wyboru toasty, mufinki, tosty francuskie lub pankejki (pancake - czyli grube naleśniki z syropem klonowym). Obowiązkowo do śniadania należy napić się kawy. Kelnerka podchodzi co jakiś czas i sprawdza, czy nie trzeba dolać. Kawa jest bardzo słaba, robiona w ekspresie przelewowym. To bardziej napój kawowy.

Restauracja zapełnia się bardzo szybko. Około dziesiątej nie ma już wolnego stolika, ludzie czekają przy wejściu aż coś się zwolni. W weekendy Amerykanie mają w zwyczaju jeść śniadanie w restauracji.

Gdy chcę skorzystać z toalety, muszę przejść przez kuchnię. Pozdrawiam kucharza. Smaży bekon na patelni i jednocześnie dogląda jajek. Uśmiech nie schodzi mu z ust.

Gdy wychodzę z restauracji i czekam na resztę mojej ekipy spoglądam jeszcze raz na drzwi wejściowe. Zauważam artykuł z gazety zachwalający ten lokal jako miejsce gdzie można zjeść prawdziwe amerykańskie śniadanie, a obok kolejna kartka o treści.
Odchodzimy na emeryturę. Dziękujemy za wszystko naszym  klientom

Na naszych oczach kończy się jakaś historia, stare miejsca odchodzą w zapomnienie.

Przemieszczamy się w okolicę Haights-Ashbury. To dzielnica, która objawiła się szerszej publiczności w drugiej połowie lat 60-tych Tutaj odbywały się wiece i marsze przeciwko wojnie w Wietnamie, mieszkali tu przedstawicieli kontrkultury, głównie muzycy, kontestatorzy rzeczywistości. Tutaj przyjeżdżali zbuntowani młodzi ludzie, żeby zmieniać świat. Jedną z takich osób była Janis Jopin, ikona pokolenia 68. Postanawiamy znaleźć dom, w którym mieszkała. Mamy adres, próbujemy przebić się przez labirynt uliczek. Wchodzimy na jedną z głównych ulic dzielnicy. To co nas natychmiast poraża to ogromna liczba bezdomnych młodych ludzi. Jedni pchają przed sobą wózki sklepowe wypchane starymi ciuchami, śpiworami lub kocami. Niektórzy siedzą na chodniku i żebrzą, jeszcze inni śpią w śpiworach – w miejscach gdzie jest kawałek wolnej przestrzeni. Są brudni, często zamroczeni, jakby nie obecni.

Sklep z hipisowskimi ubraniami

Muzyka lat 60-tych rozbrzmiewa na każdym rogu. Małe przytulne sklepiki zapraszają do środka, są antykwariaty z płytami i książkami, sklepy z hippisowskimi ubraniami, salony z tatuażami itd.
Mijamy coraz piękniejsze wiktoriańskie domy. Są dostojnie i przytulne zarazem. Chciałoby się w nich zamieszkać, a przynajmniej posiedzieć na schodach z kubkiem gorącej kawy. W końcu trafiamy na dom Janis Joplin. Nie wyróżnia się niczym od sąsiednich domów. Jest zamieszkany, obok stoi mały samochód.
Dom Janis Joplin
Przemieszczamy się bardziej do centrum, aby dojść do Union Square, reprezentacyjnego placu. Obserwujemy jeszcze większe nagromadzenie bezdomnych Są wszędzie. Siedzą na ławkach, rozmawiają, jedzą, ktoś dokonuje porannej toalety w fontannie. Ktoś grzebie w swoim wózku i układa w nim śpiwór. Za chwilę już wiemy skąd to zbiegowisko. Wolontariusze w pomarańczowych koszulkach z napisem SEVA rozkładają stoliki. Zaraz będą rozdawali ciepłą zupę i napoje.

Koniec dzielnicy Ashbury Haights - strefa wolna od narkotyków

Idziemy w stronę portu. Widzimy słynne cable cars (tramwaje linowe) ale kolejka chętnych nas odstrasza. Wybieramy własne nogi i pniemy się na strome wzgórze. Mijamy Chinatown, aby nareszcie we włoskiej dzielnicy zjeść lunch w postaci pizzy. Najlepsza pizza jaką jadłam w życiu. Ciasto cienkie i chrupiące, prosto z pieca. (szkoda tylko że taka droga – kawałek 4-5$)

Port pełen ludzi, kłębią się wokół doków. Obserwują lwy morskie, które leżą nieruchomo. Widać Alcatraz, za to most Golden Gate przykryła gęsta mgła i praktycznie nic nie widać. Spacerujemy wzdłuż wybrzeża. Kolejne drogie sklepy z pamiątkami i restauracje z niebotycznymi cenami. Na dłużej zatrzymujemy się przy wielkiej szybie, za którą piekarze w pocie czoła pieką bochenki chleba. Dziewczyna ze słuchawką przy uchu opowiada o piekarni, robi żółwie z ciasta i dyskutuje z przechodniami. Podoba jej się różowy kapelusz Ani. Ania jak zahipnotyzowana patrzy na powstające z ciastka zwierzątka. W głowie rodzi się nowy plan – „będę robić z babcią Manią i babcią Alą zwierzątka jak wrócę do domu”

Wiemy już na pewno, że powrót na pieszo do samochodu zajmie nam za dużo czasu. Wybieramy autobus nr 41 i szukamy przystanku, skąd odjeżdża. Kolejne 2 kilometry i jesteśmy na odpowiednim przystanku. Gdy siedzimy już w autobusie z biletami w ręku, aż podskakuję z wrażenia po jego obejrzeniu:

Wspaniała architektura 
  • przecież to bilet czasowy, mogliśmy wsiąść do jakiegokolwiek autobusu i podjechać na ten przystanek, albo inaczej skonstruować trasę powrotu.
  • Ela zmęczona i zrezygnowana odpowiada, chcąc mnie pocieszyć: wiesz ile spaliliśmy dzisiaj kalorii!!

    Od razu rozmarzyłam się o spodniach o jeden rozmiar mniejszych i uśmiech pojawił się na moich ustach.

    Cable Car
Lwy morskie na nadbrzeżu
Alcatraz w oddali
Chlebowe żółwie
Nie wiemy o co chodzi w tej grze, ale próbujemy naśladować miejscowych


Ania, Witek i Ela na nadbrzeżu

czwartek, 2 maja 2013

PRZYBIJ PIĄTKĘ Z NURKIEM

relacja z piątek 26.04.2013

Oceanarium Monterey
Jesteśmy w Monterey. Kupujemy bilety do Oceanarium za 35$ od osoby i rozpoczynamy zwiedzanie. Jest to podobno najlepsze oceanarium na świecie, a na pewno najbardziej rodzinne. Kompleks jest ogromny. Ekspozycja rozpoczyna się od historii tego rejonu. W przeszłości była to stolica sardynek. Tony sardynek były puszkowane i wysyłane w świat. Doprowadziło to niemalże do wyginięcia tych ryb. Tyle o przeszłości. Teraz oceanarium i piękne miasteczko przyciąga rzesze turystów. Na dwóch piętrach znajdują się ogromne akwaria. Milion galonów wody morskiej wewnątrz robi wrażenie na nas wszystkich. Obok białych rekinów, ogromnych żółwi, płaszczek, można podziwiać ośmiornice, pingwiny czy ławice mniejszych ryb. Najbardziej zaciekawił nas dział koników morskich. Troskliwi ojcowie, którzy rodzą małe koniki, z jajek wcześniej umieszczonych przez samiczki w ich brzuchach. To trzeba zobaczyć. Już kocham te koniki.

Basen z ogromnymi żółwiami
Ania może dotykać koralowce i żółwie, świat nauki łączy się na każdym kroku z zabawą. Jest tu tyle atrakcji, przechodzimy z działu do działu i raz po raz kręcimy głowami z niedowierzaniem. Kilkumetrowe szklane ściany powodują, że czujemy się jakbyśmy sami byli w ocenie i mogli za chwilę dotknąć tych wszystkich wspaniałych stworzeń, Plankton, malutkie grzybki, które poruszają się dostojnie, niektóre świecące, inne kolorowe, przezroczyste – ale wszystkie piękne.

Nurek ze swoim pupilkiem
Oglądamy karmienie ryb w największym basenie. Nurek z wiaderkiem rozdaje podpływającym rybom jedzenie, opowiada o podwodnym świecie. Siedzimy zapatrzeni w to przedstawienie. Ania w pewnym momencie podchodzi do samej szyby i dotyka jej. Nurek robi to samo – ta krótka chwila zostanie ze mną do końca życia. Przypomina mi się jeden z moich ulubionych filmów – „Wielki Błękit”. Życie jest piękne.

Plankton
Ania jest zachwycona. Pozwalamy jej też zjechać windą tym samym spełniając jej kolejne marzenie. Po kilku godzinach jesteśmy tak zmęczeni, że siadamy na ziemi przed kolejną wielką szybą i zahipnotyzowani obserwujemy ryby. Ania kładzie się przy samej szybie i leży:

Ania w akcji
  • mamo – ja już tutaj zostaję. Chce mi się spać. Jestem blisko rybek i jest mi dobrze.
Bierzemy ją na barana i powoli wracamy.  


PS. Męski poród - kocham koniki morskie

PRÓŻNIACZY DZIEŃ

relacja z czwartek 25.04.2013

Gdzieś przy trasie Hwy 1
Rano wyspani i wypoczęci po raz kolejny grillujemy i cieszymy się słońcem. Ania bierze swoją lupę powiększającą (dzięki Aga) i zagląda do norek szczuroskoczników kalifornijskich. Gryzonie wyłaniają się z wykopanych przez siebie norek, aby za chwilę zniknąć w innych. System korytarzy jest imponujący. Nie wiem co na to właściciele kempingu, ale nam podoba się obserwowanie tych pociesznych zwierzątek.

Aneta, Ela i Ania w basenie
Nie możemy odmówić sobie przyjemności kąpieli w basenie. Ania jest zachwycona. Ciągnie za sobą Zuzię, rozbiera ją do rosołu i koniecznie chce się z nią kąpać.

Ania pod wodą
Witek też daje nura pod wodę
Nieśpiesznie zbieramy się z naszego kempingu. Do San Francisco wciąż daleko. Jedziemy autostradą nr 1, która słynie z malowniczych pejzaży.

Misja hiszpańska
Po drodze odwiedzamy starą misję hiszpańską Purisima zlokalizowaną kilka mil na północ od Lompoc. Misja została założona przez zakon franciszkanów w 1787. Franciszkanie próbowali nawracać Indian Chimashi na katolicyzm i „ucywilizować” ich poprzez pracę w misji, uprawę roli, prace rzemieślnicze itd.. Misja była niezwykle rozwinięta. Oprócz kościoła znajdowały się tam liczne pomieszczenia które służyły jako farbiarnia, przędzalnia, kuźnia, warsztaty oraz skromne dormitoria dla zakonników i pracowników. Kilku żołnierzy chroniło misję przed dzikimi zwierzętami i typami spod ciemnej gwiazdy..Rzemieślnicy na terenie misji pracowali za wikt i opierunek, czasami za niewielką wypłatę. Po kilku latach choroby, niedożywienie Indian, coraz mniejsze dostawy od rządu meksykańskiego i żądania płacowe żołnierzy spowodowały upadek misji i konieczność jej sprzedaży. W 1834 roku trafiła ona w prywatne ręce i została przekształcona w rancho. Następował dalszy jej upadek. Sto lat później dzięki polityce Roosevelta i jego programowi przeciwdziałania bezrobociu „New Deal” prawie 3000 młodych, w większości niewykształconych mężczyzn z okolic Los Angeles pracowała w pocie czoła aby odbudować misję. Zarabiali 30$ miesięczne, z czego 25$ zobowiązani byli wysłać do domu. Po pracy chłopcy mieli szansę, aby dalej się kształcić. Po siedmiu latach misja została odtworzona, aby w 1941 roku została otwarta jako park stanowy.

Konfesjonał w hiszpańskiej misji
Skąd to wszystko wiemy? W Visitor Center, niemal w wejściu wpadamy na starszego mężczyznę, który ma przyczepioną do koszuli plakietkę: wolontariusz. Od wejścia bombarduje nas informacjami, wyciąga zza pazuchy swoje zdjęcia. Na jednym z nich jest przebrany za padre Antonio, na drugim za żołnierza. W takie postacie wciela się, w czasie corocznej rekonstrukcji życia w misji. Pokazuje nam też zdjęcia swojego dom, który już nie istnieje, zniszczony przez trzęsienie ziemi i zdjęcia z Europy z czasów II wojny światowej. Okazuje się, że to weteran wojenny. Po takim wykładzie nie pozostaje nam nic innego niż zobaczyć na własne oczy, jak wyglądało życie w misji. Spokój i cisza – tego nam brakowało.

Ania przespała całą naszą wycieczkę. Teraz chce iść na plażę. Życzenie to nie jest trudne do spełnienia, bo wciąż jedziemy Highway 1 – wzdłuż wybrzeża Pacyfiku. Zbliżamy się do Pismo Beach State Park (park stanowy). Parking jest tuż przy plaży, ale co to? Samochody wjeżdżają na plażę. Pick-upy z ogromnymi terenowymi kołami, quady, a za nimi zwykłe osobowe Chevrolety i Toyoty. Przy wjeździe stoi budka. Idę się zapytać, o co tu chodzi. Dowiaduję się, że jeżeli chcemy wjechać na plażę musimy zapłacić 5$ i droga wolna. Nie chcemy szaleć po plaży samochodem, ale mały piknik - czemu nie. Bierzemy papierową torbę pełną świeżych truskawek, sok, kanapki i relaksujemy się na piasku. Ania biega i biega, aż pada ze zmęczenia. 

Ptaszki na plaży w Pismo Beach State Park
Tego nie spodziewamy się na plaży
PS. Truskawki są dorodne, pachnące i naprawdę pyszne. Zachwycam się nimi cały dzień. Mój mąż  kwituje to  krótko. Cytuję z pamięci "Nie posikaj się z wrażenia".

środa, 1 maja 2013

AMERYKAŃSKA RIWIERA W DESZCZU

 relacja ze środy 24.04.2013

Ruszamy na północ. Chcemy dzisiaj znaleźć kemping, wykąpać się i odpocząć. Santa Barbara to nasz pierwszy przystanek. To jedno z najpiękniejszych miast nadbrzeżnych na świecie. Z jednej strony majestatyczne góry, z drugiej spektakularne plaże. Występuje tu bardzo niewiele dni deszczowych w roku, panuje klimat śródziemnomorski. Samo miasto jest często przedstawiane w ulotkach reklamowych jako „Amerykańska Riwiera”. Mamy tym razem mniej szczęścia. Pada deszcz. Nasza nawigacja pokazuje nam kilka kempingów w okolicy. Najbliższy jest 5 mil od centrum.

Mobilne kasyno  - czemu nie! - Santa Barbara
Kierując się wskazaniami GPS nasz van podjeżdża w coraz wyższe partie górskie, droga zwęża się do jednego pasa. Szukamy kempingu ale nie możemy go namierzyć. Okazuje się, że jesteśmy w parku stanowym, a na tablicy informacyjnej dostrzegamy napis: „Painted Cave” (malowana jaskinia). Na tyle nas to intryguje, że zatrzymujemy się na wąskim poboczu, ubieramy przeciwdeszczowe kurtki i udajemy się w kierunku jaskini. Jaskinia jest zamknięta. Za kratą można zobaczyć malowidła w postaci kolorowych symboli i wzorów, które pokrywają jedną ze ścian i sufit. Kolory są bardzo żywe. Rysunki zostały namalowane przez Indian Chumashi, którzy zamieszkiwali te tereny od ponad 10 tys. lat. Najprawdopodobniej miały one charakter religijny i miały skłaniać istoty boskie do wpływania na sprawy ziemskie.

Painted Cave w Santa Barbara Historic State Park

Temperatura spada. Wracamy na wybrzeże i wybieramy następny kemping z naszej listy. Wjeżdżamy do centrum miasta. Po przebyciu 4 mil, nawigacja oznajmia, że jesteśmy na miejscu. Czyli gdzie? Wysiadamy z Elą i szukamy kempingu. Zamiast tego znajdujemy starą misję hiszpańską. Pani przy kasie ze zdziwieniem spogląda na nas i odpowiada, że coś nam się pomyliło. Tu nigdy nie było kempingu. Nam się pomyliło? Raczej nawigacji coś się przewidziało.

Latarnia morska w Santa Barbara
Wracamy do Witka i lekko obrażona na naszego GPSa proszę go o lepszą współpracę. Tym razem nawigacja wykonuje dobrą robotę. Docieramy do prywatnego kempingu El capitan, niedaleko plaży stanowej. Słońce wychodzi zza chmur. W recepcji pani pyta skąd jesteśmy i czy wybieramy się do Santa Barbara.
  • byliśmy dzisiaj – odpowiadam.
  • a to mieliście pecha z pogodą. Jeszcze wczoraj była wspaniała pogoda – dodaje z uśmiechem. Deszczowych dni w ciągu roku jest nie więcej niż palców w jednej ręce.

    Na molo w Santa Barbara
Płacę za miejsce kempingowe 50$ i wychodzimy. Mamy plac wysypany piaskiem i grilla tuż obok. Parę metrów dalej prysznic, basen z podgrzewaną wodą i jacuzzi. Raj,  nie kemping. Postanawiamy jeszcze dzisiaj zrobić zakupy w pobliskiej miejscowości i zatankować samochód.

W sklepie szukamy czegoś na grilla. Ania upiera się na pluszowego misia, ale w końcu poprzestaje na suszonej żurawinie. Pytam chłopaka przy stoisku mięsnym, czy mają karty lojalnościowe, bo dostrzegam na niektórych produktach podwójne ceny. Patrzy na mnie jak w obrazek i prosi, abym powtórzyła pytanie. Powtarzam, a ten wskazuje palcem na żółty automat. Idę tam, ale zamiast kart lojalnościowych są w niej karty podarunkowe. Wracam i dalej drążę temat. On mnie wyraźnie nie rozumie. W końcu zirytowana pytam:
  • Nie rozumiesz po angielsku? Czy może mój angielski jest tak słaby, że nie możesz mnie zrozumieć?
  • przepraszam, po prostu mam słaby słuch – odpowiada szybko.
  • No jasne. Odwracam się i idę do kasy.

    Po prawej mężczyzna uprawia coraz bardziej popularny sport stand-up paddle surfing - czyli facet stoi na desce surfingowej i macha wiosłem
Najwyraźniej jak tylko potrafię pytam kasjerkę o tę cholerną kartę. Oddzielam wyraz od wyrazu. Pani patrzy na mnie zdziwiona i mówi: Świetnie Cię rozumiem, nie musisz tak literować.
Kamień spada mi z serca. No nareszcie. Wypełniam formularz i z kartą w ręku – dumna ze zdobytego trofeum wracam do mojej załogi.
„Melduję wykonanie zadania” - dopowiadam w głowie.

Ocean - Santa Barbara
Wieczorem jestem tak zmęczona, że zasypiam przy Ani. Witek budzi mnie za godzinę, Boczek i kanapki czekają na mnie. Już nawet piwa nie mam siły pić. Jestem na poły w krainie snów.

Plaża w Santa Barbara

niedziela, 28 kwietnia 2013

A MIAŁO BYĆ TAK PIĘKNIE.....


relacja z wtorek 23.04.2013 

A MIAŁO BYĆ TAK PIĘKNIE.....

Jako, że odjechaliśmy nieco od Los Angeles postanawiamy zmodyfikować trochę nasz plan i jedziemy do miejscowości Ventura, gdzie znajduje się siedziba parku narodowego Channel Islands. Park ten powstał w 1980 roku i jest jednym z nowszych parków. Park obejmuje 5 wysp: Santa Barbara, Anacapa, Santa Cruz, Santa Rosa i San Miguel. Pomimo że obszar parku leży tak blisko kilkumilionowej aglomeracji, nie jest on popularny. Dotrzeć na wyspę można jedynie samolotem lub łodzią. Panują tu doskonałe warunki dla życia morskiego. Zimne prądy północne mieszają się z wodami tropikalnymi, tworząc doskonałe warunki dla życia morskiego. Występują tu wieloryby, uchatki i wydry morskie a woda obfituje w plankton. W siedzibie parku byliśmy koło 10. 
Ptaszek na plaży w Ventura
Okazuje się że dostępna jest tylko wycieczka na Santa Cruz – największą z wysp. Anacapa, która według mnie jest najbardziej malownicza i fotogeniczna jest jeszcze zamknięta dla zwiedzających. Wieloryby też zrobiły nam na złość i wyemigrowały kilkanaście dni temu. Zwiedzamy Visitor Center, które jak zwykle robi na mnie wrażenie. Rangersi odpowiadają na każde nasze pytanie. Proponują nam obejrzenie filmu o swoim parku w salce kinowej. Film jest ciekawy - napawamy oczy niezwykłymi widokami dzikiej nieujarzmionej przyrody. Dzięki działalności parku na wyspach udało się odnowić populację lisów wyspowych i kilku gatunków ptaków, które występują tylko na tych wyspach.

Obserwujemy surferów przez blisko godzinę - Ventura
Po południu wracamy do centrum Los Angeles. Ela chce zobaczyć napis Hollywood na wypalonym słońcem wzgórzu. Nie wiem czemu skojarzył mi się ten napis z Mullholand Drive. Przed wyjazdem oglądałam program o moim ulubionym buntowniku Jamsie Deanie, o jego wyścigach krętymi drogami, między innymi Mullholand Drive i może dlatego zapragnęłam otrzeć się o jego legendę. Nastawiam na tą drogę, zamiast na dzielnicę przemysłu filmowego. Kiedy zjeżdżamy z autostrady, droga ostro wije się w górę, mijamy szkołę przy kościele baptystów w dzielnicy Bel Air, serpentyny wzbijają się coraz bardziej a napisu brak. W końcu nie wytrzymujemy i zawracamy. Mijając robotników pytam się o napis Hollywood. Meksykanie patrzą po sobie lekko wystraszeni i wołają szefa. Ten łamaną angielszczyzną wskazuje kierunek przeciwny do naszego i tłumaczy, że trzeba wjechać do Hollywood. W sumie logiczne, jak się zastanowić nad tym. Ale Mullholand Drive widziałam i nie żałuję.

Witek i Ania na plaży
Hollywood – nie zachwyca od razu, a właściwie wcale mnie nie zachwyca. Sunset Boulvard jest zatłoczony, pełen ludzi różnego pokroju, turyści dominują. Sklepy z dziwacznymi strojami, kina dla dorosłych, muzeum „Believe it or not” z rekordami z księgi Guinnessa. Naganiacze na każdym rogu próbują sprzedać przejażdżki lub przelot helikopterem nad posiadłościami celebrytów. Nareszcie widzimy napis Hollywood, nie jest taki okazały jak w telewizji. Gdyby to było gdziekolwiek indziej, pewnie nie zwróciłabym na to uwagi. Na Hollywood Boulvard znajdujemy Walk of Fame: czyli tablice z czarnymi gwiazdami, na których wyryte są nazwiska sławnych ludzi. Obecnie można przejść po około 2 tysiącach gwiazd, a jest jeszcze wiele pustych czekających na nowe nazwiska. Ciągną się one przez całą długość bulwaru. Po raz kolejny jestem rozczarowana. Zawsze wydawało mi się, że to są odciśnięte dłonie, nie wiem skąd miałam to wyobrażenie. Kończy się nasz czas na parkingu. W ścisłym centrum nie ma szans zaparkować, (chyba że koło motelu- 10$ za dzień). W większej odległości od epicentrum, tam gdzie my zaparkowaliśmy musimy wrócić w wyznaczonym czasie, chyba że chcemy płacić za holowanie i parking policyjny. Nie ma taryfy ulgowej. Butelki z wódką mamy przeznaczone na inny cel niż przekupstwo.

"Moja dziewczyna powiedziała, że mnie zostawi, jeżeli jeszcze raz pójdę surfować. Będę naprawdę za nią tęsknił" - naklejka na samochodzie
Bez żalu wyjeżdżamy z tej dzielnicy i przemieszczamy się do Santa Monica - przynajmniej próbujemy. Na mapie wygląda, że jest tuż obok, a w rzeczywistości robi się z tego 20 mil, albo i więcej. Krążymy po tym molochu, próbujemy się odnaleźć, ale nawet nawigacja daje za wygraną. Kiedy docieramy do Santa Monica (reklamowana jako najlepsza plaża rozrywkowa na wybrzeżu) jest już ciemno. Próbujemy po raz kolejny zaparkować. Pomimo późnej godziny wieczornej nie ma takiej możliwości. Ogromny parking przy molo – koszt 10$ rozsierdza nas do białej gorączki. Oglądamy z daleka pięknie oświetloną plażę z kolorowymi lampkami wzdłuż molo. Nikt już nie ma ochoty wychodzić gdziekolwiek. Udajemy się na zasłużony odpoczynek.

Coś dla panów - Hollywood
Coś dla pań
Coś dla dzieci
Coś dla fanów WBK


sobota, 27 kwietnia 2013

PIERWSZY DZIEŃ W MIEŚCIE ANIOŁÓW


Lotnisko w Los Angeles wita nas plakatem Gubernatora, który z wielkim białym uśmiechem zachęca podróżnych do odwiedzin swojego ukochanego stanu i inwestowania w nim pieniędzy. Jesteśmy bardzo zmęczeni. W samolocie nie zmrużyliśmy nawet oka. Anka nawijała jak zwykle.

Seniora Garcia to szczupła kobieta około czterdziestki. Ciemna karnacja i czarne krótkie włosy dodają jej uroku. Poważna twarz, ani jeden mięsień na jej twarzy nie drgnie. Tylko jej oczy zdają się być wyraziste i przenikliwe. Po jednym spojrzeniu wie wszystko. To ona woła nas do kontuaru i ona będzie decydowała, czy pozostaniemy na ziemi amerykańskiej, czy wrócimy następnym samolotem do domu. Prosi o paszporty i deklaracje celne. Sprawdza dokładnie dokumenty, pyta dokąd jedziemy i jakie są nasze powiązania rodzinne z Elą. Odtąd zwraca się do niej: „cousin”, pobiera od wszystkich odciski palców (oprócz Ani). Nareszcie przybija pieczątki w paszporty i jesteśmy wolni.

Wychodzimy przed halę przylotów obładowani bagażami. Gorące powietrze nie bucha nam w twarz, jest wietrznie, ale pogodnie. Wahadłowce z różnych wypożyczalni podjeżdżają co chwilę. Jest Alamo, Budget, Avis, nareszcie i Hertz.. Po następnych kilku minutach jesteśmy już w wypożyczalni. Pomieszczenie jest ogromne, ma przynajmniej 15 stanowisk, taśma jak na lotnisku reguluje kolejkę. Lampka się zaświeciła przy stanowisku sympatycznego starszego pana. Podchodzę z rezerwacją w ręku. Po rutynowych grzecznościowych zwrotach Pan podaje mi formularz do podpisania i tłumaczy, że teraz zablokuje mi depozyt, a po powrocie mam do zapłaty 1350$. Spoglądam na ten papier z niedowierzaniem. Zapłaciłam już 1200$ za samochód i nie zamierzam dopłacać jeszcze raz tyle. W słupku wypisane: ubezpieczenie OC, AC, ubezpieczenie zdrowotne, pomoc drogowa. Tłumaczę Panu, że ja już ubezpieczenie OC zapłaciłam i pokazuję potwierdzenie, ubezpieczenie zdrowotne mamy z Polski, a za pomoc w holowaniu dziękujemy. Mina mu zrzedła. Z irytacją oddaje mi papiery.

  • Jak dla mnie w ogóle możecie niczego nie wykupować – mi nie zależy – wcale nie chcę Was naciągać – już z wyraźną irytacją odpowiada
  • W takim razie dziękuję – nie potrzebuję tych dodatkowych ubezpieczeń. Proszę tylko o AC.
  • Ok. Tylko pamiętajcie, jak zatrzaśniecie kluczyki w środku – nie miejcie do mnie pretensji.
Podaje mi papiery do podpisu i żegnając życzy mi, abyśmy nie zatrzasnęli kluczyków w samochodzie. Jak miło z jego strony. Kiedy odchodzę, zerkam jeszcze raz w papiery. Nazwisko jest wypisane: SKI WITOLD STUDZIN. Wracam się i z wielkim uśmiechem na twarzy pytam:
  • Nie wiem czy to ważne, ale to nazwisko jest nieprawidłowe.
Spogląda na mnie z nikłą nadzieją i mówi: to nie jest ważne.
  • Na pewno? Sądzę jednak, że to jest istotny szczegół. I podaję mu papiery z powrotem. Ten już z zupełną rezygnacją przyjmuje dokumenty i zaczyna całą procedurę od nowa.
Wychodzimy z numerem 928. To numer naszego boksu na parkingu. Żadnego kluczyka, dowodu rejestracyjnego, nic. Idziemy na koniec parkingu ciekawi jaki samochód będzie na nas czekał. Przy naszym numerze czeka piękny, błyszczący czarny van – Chrysler Town&Country. Jest naprawdę okazały, siedmioosobowy z wielkim bagażnikiem – w pełni spełnia nasze oczekiwania, a właściwie bije je na głowę. Jesteśmy tylko zdziwieni, że nie ma nikogo, kto by nam wytłumaczył jak w tym samochodzie wszystko działa. Zaczepiam Pana na parkingu. Jest nieco zdziwiony niektórymi naszymi pytaniami, ale odpowiada na wszystkie ze spokojem. Okazuje się, że mamy DVD więc możemy oglądać filmy, kamera uruchamia się, gdy cofamy – co jest przydatne, biorąc pod uwagę wielkość tego vana. Wszystkie fotele są podgrzewane, a w rogu jest nawet zwyczajne gniazdko, nie potrzebna nam przetwornica. Ani najbardziej się podoba, że wszystkie drzwi są automatyczne, otwierają i zamykają się, gdy przyciśnie się przycisk. To będzie nasz domek przez najbliższy miesiąc. Już lubimy naszego vana.
Czas ruszać. Tylko kto pierwszy będzie prowadzić. Lekko przeraża nas wielkość samochodu i to, że samochód jest z automatyczną skrzynią biegów. Ja idę na pierwszy ogień. Na szczęście niemal od razu czuję, że mam władzę nad tym samochodem i nie trzeba zmieniać biegów – wspaniale.


Nasz domek na kółkach
Jest już dosyć późno. Trzeba zjeść coś konkretnego. Wspominamy ostatni posiłek (deser) z samolotu. który był tak niedobry, że nawet Witek wzdrygnął się przy pierwszym kęsie i odłożył z niesmakiem. Szukamy amerykańskiej restauracji, koniecznie z wi-fi.

Okolica wokół lotniska mocno zaniedbana, w większości zamieszkana przez Meksykanów i inne hiszpańsko-języczne nacje. Zatrzymujemy się kilkukrotnie, ale albo nie ma wi-fi albo tak śmierdzi starym olejem, że rezygnujemy. W końcu znajdujemy sieciową restaurację z amerykańsko- meksykańskim menu. Zamawiamy bar sałatkowy. Możemy jeść do woli, są tortille i owoce, zupy, sałatki i kiełbaski. Głód został zaspokojony. Niestety okazuje się że wi-fi jednak nie ma, więc nie pozostaje nic innego jak znaleźć jakieś rest area w okolicy i iść spać. Nasza mapa pokazuje rest area na autostradzie I-5.

Los Angeles nocą jest lekko przerażające, po 6 pasów w każdą stronę, co chwila zjazd na inną autostradę, ślimaki i sznur samochodów nawet w nocy. Jakimś cudem nie trafiamy na tą rest area. Zatrzymujemy się na stacji benzynowej, chcemy kupić nową mapę. Grubawa ekspedientka, oczywiście Meksykanka ze zbiorem przepięknych złotych zębów standardowo zaczyna pytać skąd jestem. Odpowiadam po hiszpańsku. Gdy ta usłyszała swój rodzimy język zrobiła się bardzo miła i zaczęła wypytywać o Polskę. Od słowa do słowa sama zaproponowała, żebyśmy przespali się u nich na stacji, twierdząc, że jest tu bardzo bezpiecznie. Tak też zrobiliśmy. W naszym samochodzie po złożeniu wszystkich siedzeń mamy tyle miejsca, że cała nasza czwórka może się wyspać – jest ciepło, miło i nie pada na głowę. Do jutra!

czwartek, 25 kwietnia 2013

PINDYRYNDA W USA - PODRÓŻ W CZASIE

NIEMOŻLIWE STAŁO SIĘ MOŻLIWE

wtorek 23.04.2013

Wszyscy śpią oprócz mnie. Jest 2.45 czasu polskiego. Ciemno, ale nie zupełnie cicho. W Los Angeles jest piąta rano. Mój organizm strajkuje i nie chce już spać chociaż wiem, że powinnam. Słyszę szum przejeżdżających samochodów. To miasto nigdy nie śpi.....

W niedzielę stajemy przed bramką na autostradę A4 czekając grzecznie na naszą kolei, Tuż przed nami motocyklista próbuje odebrać bilet z automatu, parokrotnie nerwowo stukając w przycisk, ale bilet się nie pojawia. Wtedy to przez moją głowę przemyka myśl, że coś tu jest nie tak. Nie wszystko pójdzie tak gładko. Zły omen. Nie cierpię przesądów, więc błyskawicznie się karcę. Pani z kasy wychodzi z rolką nowego papieru, w tym czasie Darek – nasz wspaniały kierowca wycofuje samochód i wjeżdżamy do sąsiedniej bramki. Już jest wszystko w porządku. Mkniemy w stronę Katowic, aby za godzinę siedzieć w autobusie do Warszawy.
Ela obok swojego ukochanego kierowcy w drodze do Katowic
Polski Bus jest bez zarzutu. Droga mija szybko i wesoło. Ance jak zwykle nie zamyka się buzia. Odkąd otworzy oczy, aż do momentu zaśnięcia trajkota bez końca. Moje próby uśpienia jej w czasie jazdy spełzają na niczym. Kiedy Przemek odbiera nas z dworca jesteśmy już nieźle zmęczeni. Na szczęście maraton, który jeszcze pół godziny temu przebiegał przez okoliczne ulice skończył się i policja otworzyła nieczynne przez kilka godzin arterie stolicy. W samochodzie huczy głośna muzyka, a Ania! Zasnęła w najlepsze.

Pierwsza niepokojąca informacja nadchodzi od mojej mamy. W TVN24 podali komunikat, że w Niemczech planowany jest strajk generalny linii lotniczych. Oznacza to, że największe niemieckie lotniska mogą być unieruchomione w poniedziałek.
  • Na którym lotnisku macie przesiadkę? - słyszę w słuchawce.
  • W Monachium.
  • Franfurkt na pewno strajkuje. Ale jeżeli chodzi o Monachium to nie jestem pewna. - relacjonuje mama.
Oglądamy Teleekspres. Złe nowiny się potwierdzają. LOT wstrzymuje wszystkie loty do naszego sąsiada. Wyczywam w żołądku niewielki niepokój. Od razu przypomina mi się nasza poranna przygoda z biletem. No tak, ale przecież na autostradę wjechaliśmy szczęśliwie, więc i teraz musi się udać. Sprawdzamy stronę internetową naszego przewoźnika. Nasz lot jest odwołany. Wybieram numer infolinii i słyszę miły głos sekretarki: Wybierz jeden, jeżeli chcesz zarezerwować bilet, wybierz dwa jeżeli chcesz zmienić rezerwację..... Szlag mnie trafia. Cierpliwie naciskam kolejne przyciski, aby po kilku minutach usłyszeć: „Konsultant jest obecnie zajęty, proszę czekać na połączenie”. Czekam, czekam…..i nic. W końcu rezygnuję. Trzeba działać energiczniej. Jedziemy na lotnisko Chopina, aby rozwiązać problem u źródła.


Przemek w akcji
Przez głowę przechodzą mi różne wersje wydarzeń. Pewnie na lotnisku są już dzikie tłumy, żądne krwi. Ciekawe jak długo będziemy musieli czekać w kolejce. Na terminalu okazuje się, że nie ma żadnych kolejek. Pani z obsługi LOTU ze stoickim spokojem zmienia nam rezerwację. Zmiana jest dla nas korzystna. Jutro polecimy przez Londyn. Skraca się czas lotu – zamiast o 20.30 będziemy w Los Angeles o 14.30. W Lodynie mamy tylko 2,5 godziny postoju. Decyzja o przyjeździe na lotnisko okazała się słuszna. Dopiero jutro okaże się jakie inne osoby miały problemy ze zmianą rezerwacji. Dziewczyna lecąca do Denver próbowała się dodzwonić do LOTU przez 6 godzin. Dopiero telefon do amerykańskiego przedstawiciela naszych linii pozwolił jej na zmianę rezerwacji.
Nie inaczej było z innymi pasażerami, którzy skarżyli się na beznadziejną obsługę i wielogodzinne wydzwanianie.

W poniedziałek jesteśmy na lotnisku o 5.30. Przy odprawie bagażowej pojawiają się kolejne trudności.
  • proszę okazać potwierdzenie zawarcia związku małżeńskiego – prosi pan z obsługi.
  • robię wielkie oczy i odpowiadam - nie mam przy sobie. - to poproszę dowód osobisty.
  • jeszcze lepiej – myślę – grzebię w torbie chociaż dobrze pamiętam, że wczoraj go wyciągnęłam z portfela, żeby nie wozić go ze sobą niepotrzebnie. Podaję mu prawo jazdy.
  • przepuszczę Panią, bo na zdjęciu jest Pani podobna – ale nie gwarantuję, że w Los Angeles nie będzie miała Pani problemów – wspaniałomyślnie pocieszył mnie ten flegmatyczny osobnik. Zapomniałbym jeszcze – macie Państwo oddzielne miejsca, nawet dziecko. Proszę przejść do informacji, aby zmienić miejsca, bo ja już nie mogę tego zrobić.
Ręce mi opadły. Standardowo odsyłano nas od stanowiska do stanowiska, abyśmy w końcu sami w samolocie zamienili się z inną pasażerką, żebym chociaż ja siedziała koło Ani.
Ania z Witkiem na lotnisku
W Londynie najpierw czekamy na autobus, który transportuje nas do innego terminala i kolejna kontrola przed nami. Strażnik prosi, aby Ania podała mu swoją ukochaną lalę do kontroli. Ta ani nie myśli, żeby się zgodzić. Usta niebezpiecznie zaczynają drgać, dolna warga opada w dół. Witek próbuje ją przekonać, że ten Pan chce tylko zbadać czy lala jest zdrowa, ale Ania coraz bardziej się buntuje. Łzy lecą jej po policzkach i coraz mocniej tuli Zuzię. Niemal wyrywam jej lalkę. Dlaczego zabieracie mi moją córeczkę? - krzyczą do mnie jej zapłakane oczy.

W międzyczasie Eli torba zostaje odłożona na bok. To oznacza dodatkową kontrolę jej bagażu.
  • Co tam masz Elu? - pytam. 
  • Zapomniałam wyjąć kosmetyczki 
  • Co? To teraz wszystko Ci przetrząsną – spoglądam ze zgrozą na walizkę pasażerki obok, której rzeczy leżą rozbebeszone, a każdy przedmiot jest dokładnie sprawdzany.
Strażnik każe Eli otworzyć torbę i pokazuje ręką, że ma niczego nie dotykać. Wyciąga kosmetyczkę a z niej tusz do rzęs i pyta:
  • mascara?
  • Yes – odpowiada Ela.
  • mascara? pyta ponownie, podnosząc kolejny tusz
  • Yes. Przecież muszę być przygotowana – odpowiada niczym nie zdeprymowana Ela.
Zrezygnowany kiwa głową, zabiera wszystkie kosmetyki i po kilku minutach przynosi je zafoliowane.

Teraz już tylko odprawa biletowa. Nie mamy biletów na ten nowy lot. Przy kontuarze Pani prosi o adres pobytu w USA. Odpowiadam grzecznie, że nie posiadam takowego, gdyż będziemy się nieustannie przemieszczać. Ona koniecznie chce znać adres, chociaż pierwszego noclegu. Odchodzę na bok, biorę przewodnik i szukam jakiegoś adresu, żeby się odczepiła. Na moje nieszczęście przewodnik z adresami poszczególnych atrakcji, hoteli itd. mam w bagażu głównym. Przy sobie mam tylko przewodnik po parkach narodowych, a tam nie ma takich informacji. Otwieram losowo na Parku Death Valley i przepisuję nazwę jakiegoś pensjonatu, o którym wspominają w tekście, nie ma tam jednak dokładnego adresu. W środku ogarnia mnie panika, ale z uśmiechem podaję jej nazwę noclegu i odpowiadam, że tutaj mamy zabukowany pierwszy nocleg. To ją niejako uspokaja, ale prosi o kwity bagażowe.
  • Jakie kwity? myślę gorączkowo i odruchowo wkładam ręce do kieszeni spodni. Wyciągam 2 malutkie kwity, o których szczerze mówiąc zapomniałam. W normalnej sytuacji do niczego one nie byłyby potrzebne, ale dla nas były ważne, gdyż my odprawialiśmy się de facto od nowa.
  • Jeszcze dwa – prosi Pani.
Przeszukę kurtkę, spodnie. Nie mam.
  • Proszę się pośpieszyć, za 2 minuty system się zablokuje i nie wylecicie.
  • Co? robię po raz kolejny wielkie oczy i próbuję odciągnąć od swojej nogi Anię, która zmęczona i marudna zaczyna płakać. Witek oskarża mnie, że ja miałam przecież wszystkie kwitki.
Panika ogarnia mój umysł przez kilka sekund. Co teraz? Na szczęści od razu myślę, że muszę wyłączyć lampkę paniki w swojej głowie i bezwłocznie skupić się nad rozwiązaniem. Proszę Elę, żeby wzięła ode mnie Anię i myślę. Czas mija nieubłaganie. Proszę wszystkich o przegląd rzeczy.
Ela wyciąga rękę z górnej kieszeni kurtki i ze zdziwieniem wyciąga brakujące kwitki. Podajemy je szybko obsłudze i już wszystkie urzędniczki dopasowują kwitki z biletami i paszportami, których w sumie mamy siedem, więc chwilę to zajmuje. Na szczęście dosłownie w ostatniej chwili zostajemy odprawieni i już biegiem ruszamy w stronę bramek. Lotnisko Heathrow jest ogromne o czym przekonujemy się biegnąc, mijając kolejne korytarze i strzałki wskazujące kierunek do bramki 217. W końcu docieramy do celu. Uśmiechnięci podajemy bilety, ale uśmiech szybciej znika niż się pojawia.
  • Proszę o przejście na bok. Jest problem z Waszymi bagażami – prosi Pani z obsługi.
  • Poproszę o paszporty i kwity bagażowe.


    Ania śpi w samolocie
Tym razem podajemy je od razu. Procedura trwa dłuższą chwilę, ale po kolejnym nerwowym czekaniu – wszystko okazuje się w porządku.
Gdy siedzimy już w samolocie, tym razem obok siebie, emocje opadają, ale przypomina nam się o adresie tego pensjonatu, który podaliśmy na lotnisku. Koniecznie potrzebujemy dokładny adres, bo będziemy musieli podać ten adres na deklaracji celnej. Piszę SMS do Ani, aby mi sprawdziła na szybko adres tego lokalu. ale za chwilę otrzymuję odpowiedź, że nie ma w domu prądu, bo jest awaria , więc nia ma jak mi sprawdzić. Na szczęście działa mi jeszcze telefon i dzwonię do pracy. Adam podaje mi adres i już naprawdę możemy odsapnąć. Tak nam się przy najmniej wydaje..... cdn.

Ps. Mamy za słaby internet, żeby przesłać zdjęcia. Ale będziemy w Visitor Center - to może uda się coś dodać

pozdrawiamy wszystkich. 

Polecany post

NOWE ŻYCIE SZACHOWNICY

Jaskinia Szachownica Fundacja Speleologia Polska angażuje się w wiele pożytecznych projektów. Jednym z nich jest dokumentacja jaskini...